Paweł Graf

Paweł Graf

Literaturoznawca i teoretyk literatury
Więcej

Gombrowicz (z)zewnątrz i (z)wewnątrz

Napisanie książki krytycznej o twórczości Witolda Gombrowicza jest pokusą dla wielu badaczy. Autor trudny, dowcipny, znający filozofię, uznany w świecie, twórca skomplikowanej prozy – któż z zajmujących się awangardą nie czuje dreszczyku poznawczych emocji? A jednak napisanie takiej pracy to dziś zadanie karkołomne. Winnych łatwo wskazać – to ci, którym przyszło na myśl ustanowić rok Gombrowiczowski, efektem czego było powstanie w ciągu trzech lat od jubileuszu kilkudziesięciu opasłych rozpraw oraz kilkuset artykułów naukowych. Kolejne trzy lata sprawiły, że lista nowych monografii niebezpiecznie zbliżyła się do setki. Czy w tym natłoku, postawmy hamletyczne pytanie, można wymyślić cokolwiek nowego? Co jeszcze nie zostało opisane? Ewa Kobyłecka-Piwońska postanowiła na tak postawioną kwestię odpowiedzieć – Można! A czy jej się to udało o tym powiem za chwilę.

Gdybyśmy zastanowili się nad tym, o co tak naprawdę chodziło Gombrowiczowi jako pisarzowi, to myślę, że nade wszystko o odwagę. Najpierw jego samego – by wyrwać się z ograniczeń narzucanych przez naród, kulturę, krytyków, odbiorcze przyzwyczajenia. Dalej – o odwagę czytelnika, by miał on śmiałość, razem z pisarzem, przestać przepraszać i wciąż się usprawiedliwiać: że z Polski, że Polak, że romantyzm, że Paryż, Berlin, Nowy Jork, że Sartre – i cokolwiek tam jeszcze. „Ja mówię” – mówi polski pisarz. I tego „ja” nie muszę wciąż uzasadniać.

Szukając miejsca dla ulokowania swego głosu, autorka postanowiła porzucić perspektywę polską i spojrzeć na pisarza oczyma Argentyńczyków. Komparatystyczny kontekst, świetna znajomość hiszpańskiego, orientacja w literaturoznawczym światku odległego kontynentu sprawiły, że wyjściowy pomysł faktycznie pozwolił dostrzec w dziele Gombrowicza coś innego(?) – znak zapytania stawiam dlatego, że nikomu nie uwierzę na słowo, że owe sto książek nowych oraz sto istniejących wcześniej (artykułów nie licząc), jak to mawiano, od deski do deski przeczytał i doskonale wie, co napisano, a czego o autorze Ferdydurke nie napisano.

 

Dopiero – podkreśla autorka – za sprawą interpretacji zaproponowanych przez Amerykanów i akcentujących rozmaite formy peryferyjności pisarza – geograficzną, kulturową, społeczną, genderową – Gombrowiczowi udało się wkroczyć do grona myślicieli kojarzonych z nowymi formacjami intelektualnymi”. A nieprawda! Taki choćby Milan Kudera cenił bardzo, mocno cenienie swe okazywał, i to wszystko bez amerykańskiej mediacji. I nie tylko on. Dlatego w tym miejscu chciałbym spytać, czy aby sama autorka tutaj kompleksu prowincjuszki z Polski nazbyt nie okazała? „To nie my (Polacy) – pisze – będziemy bowiem wykładać Gombrowicza w jednej z wybranych narracji, ale to nam będą go wykładać”. No, to się jeszcze zobaczy!

Zacznę od przyznania się do tego, że książka wydaje mi się ciekawa i ważna, zatem bez obaw można podjąć z nią polemikę i wskazać miejsca, skłaniające do pytań. Otóż, gdybyśmy zastanowili się nad tym, o co tak naprawdę chodziło Gombrowiczowi jako pisarzowi, to myślę, że nade wszystko o odwagę. Najpierw jego samego – by wyrwać się z ograniczeń narzucanych przez naród, kulturę, krytyków, odbiorcze przyzwyczajenia. Dalej – o odwagę czytelnika, by miał on śmiałość, razem z pisarzem, przestać przepraszać i wciąż się usprawiedliwiać: że z Polski, że Polak, że romantyzm, że Paryż, Berlin, Nowy Jork, że Sartre – i cokolwiek tam jeszcze. „Ja mówię” – mówi polski pisarz. I tego „ja” nie muszę wciąż uzasadniać. Ewa Kobylecka-Piwońska natomiast, nade wszystko w rozdziale omawiającym metodę badawczą, cały czas przekonuje – nas? siebie samą? – że tak, jak ona chce uczynić, to można, warto, należy. Tymczasem przyjęte przez nią perspektywy komparatystyczne nie zawsze są aż tak słuszne, jak mogłoby się wydawać, co więcej znajdują się one w niezgodzie z samym Gombrowiczem – jak, przykładowo, niepotrzebna, praktycznie niczego niewnosząca, koncepcja postkolonialna Pascale Casanovy. Jak przykładowo czytamy w autorskim komentarzu do tez Casanovy (grubawych, może jednak cienkawych)  „monopolista [Paryż jako stolica kultury – P.G.] bezceremonialnie narzuca swoje wartości narodom i pisarzom do niej aspirującym” (s. 22). Zdanie to (jak inne tego typu) jest wielokrotnie nietrafne. Otóż po pierwsze – a my sami to co? Czy my tak bardzo zapraszamy, ustępujemy miejsca, kłaniamy się sąsiedzkiej kulturze, choćby łotewskiej czy białoruskiej?  Ale też – dlaczego mielibyśmy to robić? W moim przekonaniu doskonałą formą myślenia jest analogia – jeśli założę restaurację, ustalę sobie (moje prawo) że wejście jest możliwe tylko we fraku, lokal stanie się modny i wizyta w nim zostanie uznana za nobilitującą, to są dwie możliwości: wchodzisz we fraku lub wcale. Twój wybór. Mam przepraszać tych, którzy wolą w dresie? A zatem – co w cytowanym zdaniu robią słowa „bezceremonialnie”, „narzuca”? A dlaczego nie miałby narzucać? Po drugie jednak, Gombrowicz robił wszystko, by mu gęby parweniusza nie przyprawiać – zaś konteksty teoretyczne przywołane w książce, próbują, wbrew pisarzowi, to uczynić. Jakby sama autorka nie była pewna własnych rozwiązań i – po gombrowiczowsku – jako niższa (acz z poczuciem wewnętrznej wyższości) do drzwi możnych pukała. A nie ma po co, bo całe te postkolonialne gadki, banałem strasznym zalatują. Swoją restaurację załóżmy, na swoje, jak pisarz pisał, krupy zaprośmy. „Dopiero – podkreśla autorka – za sprawą interpretacji zaproponowanych przez Amerykanów i akcentujących rozmaite formy peryferyjności pisarza – geograficzną, kulturową, społeczną, genderową – Gombrowiczowi udało się wkroczyć do grona myślicieli kojarzonych z nowymi formacjami intelektualnymi” (s. 25-26). A nieprawda! Taki choćby Milan Kudera cenił bardzo, mocno cenienie swe okazywał, i to wszystko bez amerykańskiej mediacji. I nie tylko on. Dlatego w tym miejscu chciałbym spytać, czy aby sama autorka tutaj kompleksu prowincjuszki z Polski nazbyt nie okazała? „To nie my (Polacy) – pisze – będziemy bowiem wykładać Gombrowicza w jednej z wybranych narracji, ale to nam będą go wykładać”(s. 20). No, to się jeszcze zobaczy!

Jak u licha przetłumaczyć zdania z Kosmosu „nie zawsze dziwolążył się słowotwórstwem” czy „Kociościerw jeszcze wczoraj łaskotał mnie system unerwienia drżącą łaskotką – ale dziś?”. Trud argentyńskich tłumaczy opisany został przez autorkę mistrzowsko, ale wnioski należy dopowiedzieć. Uświadomienie sobie kłopotów translacji, uwrażliwia nas na ponowną lekturę „oczywistych” językowo tekstów Gombrowicza. Nawet tych najprostszych. Taki choćby cytowany fragment z Testamentu – „Tak fantastycznie, ekscentrycznie, dziwacznie zacząłem – dlaczego?” nagle staje się pełen niespodziewanych zadziwień.

Sama myśl, by zerknąć, jak to było z książkami naszego pisarza, tłumaczonymi i czytanymi przez innych (dla autorki inni to jedynie z pozoru czytelnicy, faktycznie jednak okazują się nimi pisarze i badacze) jest wartościowa sama w sobie. Dlatego te partie tekstu – mówiące o translacji na hiszpański oraz o recepcji wśród argentyńskich twórców wydają się najważniejszą częścią proponowanej analizy. I naprawdę sporo możemy się dowiedzieć. Dopraszałbym się jednak o interpretację. Otóż zderzenie międzykulturowe odsłania rzecz słabo uchwytną. Umożliwia zobaczenie własnej mowy. Jeśli zatem, w perspektywie czytelnika polskiego, Gombrowicz tworzył „sztuczne” historie i to one wymagały zrozumienia, one budziły opór krytyczny i wyzwalały poznawcze impulsy – to w perspektywie przekładu na pierwszy plan wysuwa się „sztuczność” samego języka. Jak u licha przetłumaczyć zdania z Kosmosu „nie zawsze dziwolążył się słowotwórstwem” czy „Kociościerw jeszcze wczoraj łaskotał mnie system unerwienia drżącą łaskotką – ale dziś?” (s.92). Trud argentyńskich tłumaczy opisany został przez autorkę mistrzowsko, ale wnioski należy dopowiedzieć. Uświadomienie sobie kłopotów translacji, uwrażliwia nas na ponowną lekturę „oczywistych” językowo tekstów Gombrowicza. Nawet tych najprostszych. Taki choćby cytowany fragment z Testamentu – „Tak fantastycznie, ekscentrycznie, dziwacznie zacząłem – dlaczego?” (s. 194) nagle staje się pełen niespodziewanych zadziwień.  No bo jakże to – dlaczego taka enumeracja? Co łączy fantastę, ekscentryka i dziwaka? Co ich różni? Nic? A dla tłumacza sprawa robi się nieprosta. Może zatem i my nazbyt szybko czytamy? Dlatego sądzę, że interpretacyjny namysł powinien zostać śmielej okazany – lektura lektury Argentyńczyków powinna nam pożytek hermeneutyczny przynieść (i przynosi); uwydatnienia zaś tej nauki (została ta sprawa zostawiona domysłowi czytelnika) nieco, w moim odczuciu, w książce brakuje. To samo można przeprowadzić w drugą stronę. Niezmiernie interesująca analiza znaczenia argentyńskiego słowa (i stojącej za nim kultury) „puto”, zatrzymuje się na stosunku Argentyńczyków do pewnego typu seksualności. Gdyby jednak wykonać jeden jeszcze intertekstualny krok, można by spytać – dlaczego Gombrowicza i nas (Polaków) Gonzalo śmieszy, a ich nie śmieszy (w analizie odczucia tego śmiechu nie dostrzegłem – przykładowo zdanie opisujące Gonzala: „Metys chyba, Portugalczyk, z perskiej tureckiej matki w Libii urodzony” dla czytelników tamtejszych jakoby  – s. 132. –  „argentyńskość ośmiesza i niweczy”); co z kolei rzutowałoby pytaniem o odsłaniane przez tekst (czy raczej jego postać przetłumaczoną) różnice międzykulturowe. Inna jeszcze sprawa dotyczy samego intertekstualnego podobieństwa i zawartej w nim różnicy. Autorka, z pełną świadomością problemu, wychwytuje to pierwsze. Przykładowo w jednym z utworów Césara Airy dostrzega kostkę cukru. Unikając skojarzeń z Fryderykiem z Pornografii wskazuje na „analogiczny” fragment Dziennika, w którym znajdujemy analizę ręki kelnera z Café Querandi. Coś jednak te fragmenty różni zasadniczo – argentyński pisarz konsekwentnie stosuje formę „ja” – bohater: trzyma kostkę cukru pomiędzy palcami, rozważa to trzymanie, w konkluzji zaś stawia pytanie: „co ja robiłem na Placu Flores z kostką cukru w ręku?”(s. 236). U Gombrowicza jest zupełnie inaczej – nie analizuje, ale jest przez „rękę kelnera” wręcz napadnięty, ona właśnie obsesyjnie mu się pojawia przed oczami; cukier w dłoni Fryderyka zmusza do zachowania wobec: cukru, siebie, innych? A zatem nie refleksja tu dominuje, lecz stawanie się przedmiotem wśród przedmiotów. Czy różnica ta mieści się w intertekstualności? Pytanie pozostawmy otwartym.

Wszystkich tych uwag nie nazwałbym zarzutami. Chciałbym jednak wskazać u autorki miejsce będące ich źródłem. To sam początek książki, gdzie analizuje ona pojedynek pisarzy. Jej zdaniem polski twórca – „pojedynek na porównywanie sromotnie przegrywa i w pośpiechu uchodzi” (s. 8). Otóż nic podobnego – faktycznie pojedynek zdaje się przegrany, jednak rozpoczęcie intensywnego chodzenia przechyla szalę na powrót w stronę Gombrowicza, który (za sprawą Gonzala) tym dynamicznym gestem zniweczył sam pojedynek, samą istotę pojedynku i uszedł ani nie będąc wygranym, ale też nie jako przegrany – a po prostu przeniósł się w inne miejsce, związane z zupełnie odmienną narracją. Ten lęk przegranego pojedynku zupełnie niepotrzebnie towarzyszył autorce rozprawy. Dobrze napisanej, ciekawej, inspirującej, zachęcającej do dyskusji. A dyskusja to sukces nie porażka. Autorka zaś dobrze w niej wyszła, czy może raczej z niej uszła.

Komentarze

3.04.2018

Inne teksty tego autora

Jak pisać o tym, z czego należy się śmiać?

Czy można określić właściwości i znaczenie humoru? Przybliżyć dyskusje związane z tą kategorią, które trwają przynajmniej dwa tysiące lat? Ta książka zamierza to zrobić, zamierza też uczynić to dowcip...