Marcin Maria Bogusławski

Marcin Maria Bogusławski

Historyk filozofii, nauczyciel akademicki
Więcej

NOWA HUMANISTYKA

W dniach 26-27 kwietnia na Wydziale Filologicznym UŁ odbywać się będzie konferencja Humanistyka — kulturotwórcze perspektywy. Jak deklarują Organizatorzy: „Celem konferencji jest przekrojowa prezentacja dorobku naukowego doktorantów oraz studentów zaangażowanych w prowadzenie własnych badań naukowych oraz projektów z dziedziny szeroko pojętej humanistyki i nauk pokrewnych. Organizatorom zależy na stworzeniu przyjaznego forum dla prezentacji dorobku naukowego studentów oraz na inicjowaniu dyskusji w gronie młodych i przyszłych pracowników nauki”. Podobne cele przyświecały organizatorom Transdyscyplinarnej Szkoły Letniej, która po raz pierwszy odbyła się w Ciążeniu w dniach 7-9 lipca 2011 r. Pokłosiem tego spotkania stał się pierwszy tom arcyważnej książkowej serii wydawanej przez Instytut Badań Literackich PAN pod zbiorczym hasłem Nowa Humanistyka.

Martha Nussbaum w tonie alarmistycznym pisze o kryzysie, który wiąże się z rugowaniem humanistyki z programów edukacyjnych. Prowadzi to, jej zdaniem, do kształcenia „pokolenia użytecznych maszyn”, niezdolnych do poniesienia w przyszłość ideałów Zachodniej demokracji. Kłopoty, które trapią humanistykę, nie mają jednak wyłącznie wymiaru edukacyjnego. Liczne „zwroty” (językowy, performatywny, ku rzeczom itd.), rozdrobnienie metodologiczne, inter- czy transdyscyplinarność prowadzonych badań stawiają na ostrzu noża problem tożsamości humanistyki.

Wspominam o tych podobieństwach nie bez kozery. Uważam bowiem, że łódzka konferencja, podobnie jak seria IBL i szkoły letnie, stanowią reakcję na przekształcenia, którym obecnie podlega sposób funkcjonowania humanistyki. Martha Nussbaum w tonie alarmistycznym pisze o kryzysie, który wiąże się z rugowaniem humanistyki z programów edukacyjnych. Prowadzi to, jej zdaniem, do kształcenia „pokolenia użytecznych maszyn”, niezdolnych do poniesienia w przyszłość ideałów Zachodniej demokracji. Kłopoty, które trapią humanistykę, nie mają jednak wyłącznie wymiaru edukacyjnego. Liczne „zwroty” (językowy, performatywny, ku rzeczom itd., itp.), rozdrobnienie metodologiczne, inter- czy transdyscyplinarność prowadzonych badań stawiają (patrząc na rzecz historycznie: ponownie stawiają) na ostrzu noża problem tożsamości humanistyki. W tym kontekście słowa, że łódzka konferencja odnosi się do badań prowadzonych w ramach „szeroko pojętej humanistyki” i niedookreślonych „nauk pokrewnych” wydają mi się aktualne i ważne. Interesująco wygląda na tym tle tytuł zjazdu. Wskazuje on bowiem, że przy całej — rzekomej? autentycznej? — amorficzności współczesnej humanistyki, jej naczelnym zadaniem jest rola kulturotwórcza. Przeświadczenie to z całą pewnością zasługuje na dyskusję, tym bardziej, że jednym z fundamentalnych przesądzeń funkcjonujących w ramach nowej humanistyki jest odrzucenie opozycji natura-kultura. Czy oznacza to, że nie da się wyodrębnić działań kulturotwórczych? A jeśli tak, to czy tytuł konferencji ma sens?

Stawiam te pytania nieco prowokacyjnie i nie będę na nie odpowiadał wprost. Zamiast tego poświęcę kilka słów tekstom Michała Pawła Markowskiego Humanistyka, literatura, egzystencja (z pierwszego tomu serii IBL) i Ryszarda Nycza Kultura jako czasownik (tom 39 serii IBL). Są to autorzy bliscy mojemu rozumieniu humanistyki, któremu dałem wyraz w książce Humanistyka z perspektywy ontologii kulturowej.

Co na temat humanistyki twierdzi Markowski?

Po pierwsze, „że humanistyka nie jest nauką, w tym znaczeniu, jakim są nią nauki ścisłe”. W jego ujęciu humanistyka jest instytucją, „której celem jest kształcenie, Bildung”. To zaś oznacza, że fundamentalnym zadaniem humanistyki jest poszerzanie pola egzystencji czy (samo)tworzenia się podmiotu.

Po drugie, „że humanistyka jest polityczna w tym sensie, że zajmuje się, przejmuje się językami, dyskursami, którymi mówi się w sferze publicznej”. Markowski pisze, że poszerzanie pola egzystencji w tym wymiarze polega na „poszerzaniu repertuaru dyskursów, za pomocą których jednostki i grupy definiują własną tożsamość”. Myślę jednak, że to spostrzeżenie uzupełnić należy jeszcze jednym: sam język ma „moc sprawczą”, może chronić, krzywdzić itd. Znakomicie sondowała tę sprawę Maria Kostyszak w Sporze z językiem, poświęcając część rozważań kwestiom pedagogicznym.

Po trzecie, że „humanistyka jest Bildung w tym sensie, że jej studenci uświadamiają sobie, że samokształcenie, kształcenie samego siebie jest równoznaczne z nieusuwalną mediacją w procesie stawania się kimś”. Od siebie, ale idąc za Michelem Foucaultem, dodam, że jedną z najważniejszych technik tej mediacji jest parrhesia, specyficzny tryb mówienia sobie samemu i innym prawdy o sobie samym, z czym wiąże się podjęcie ryzyka i odwaga, by w danym czasie i miejscu dawać wyraz stawania się sobą.

Po czwarte, że humanistyka „nie obiecuje ani osiągnięcia samowiedzy, ani realizacji własnej osobowości, ani uzgodnienia różnych punktów widzenia”. Markowski twierdzi, że w humanistyce nie ma głosów uprzywilejowanych. Poza tym, skoro stawanie się podmiotu jest nierozerwalnie związane z „nieusuwalną mediacją”, żadna ahistoryczna, niezmienna samowiedza podmiotu nie może być dostępna.

Co na temat humanistyki twierdzi Nycz?

Dokonuje on, po pierwsze, wstępnej typologizacji nurtów, które tworzą nową humanistykę. Wymienia ich pięć: humanistyka cyfrowa, humanistyka zaangażowana, humanistyka kognitywna, posthumanistyka oraz humanistyka artystyczna. Twierdzi dalej, że „Wszystkie te nurty (…) powiązane są (…) licznymi kanałami wzajemnych przepływów; tworzą więc raczej dorzecze niźli już wykształcone dopływy nowohumanistycznej rzeki”. We własnej propozycji „sprecyzowania (dookreślenia, sprofesjonalizowania) współczesnych badań humanistycznych zajmujących się niemal nieograniczoną różnorodnością przedmiotów i problemów w sposób skrajnie hybrydyczny” wskazuje na cztery kategorie, które winny regulować badania literacko-kulturowe, a w ramach deklarowanych intencji być może badania humanistyczne po prostu. Te kategorie to tekstualność, fikcjonalność, retoryczność i historyczność.

Nycz twierdzi, że humaniści wciąż mają „pełne prawo zajmować się dalej tekstami”, nie ograniczonymi do tekstów literackich. Tekstami są dla niego wszelkie praktyki i obiekty zorganizowane semiotycznie, znaczące. Są to „przedmioty kulturowe”, odmienne od przedmiotów fizycznych, które bada przyrodoznawstwo. Co ważne, „znaczenia trzeba by pojmować wyraźnie szerzej niż tylko pojęciową treść (zawartość) wyrażeń językowych”. Przedmioty kulturowe dokonują bowiem również transmisji afektów, nastrojów, oddziałują na cielesność, a te pozapojęciowe pobudzenia są nieodzowne do rozumienia znaczeń. Jednym z przewodników Nycza jest w tej kwestii Hans-Urlich Gumbrecht, który rozwija koncepcję czytania nastrojów. Ja odwołuję się w książce do koncepcji atmosfer Gernota Böhmego, które o wiele lat poprzedziły koncepcję Gumbrechta. Odnoszę się również do pionierskich na gruncie polskim badań nad działaniem nastrojów, które są dziełem architektów Tomasza Lewandowskiego i Jerzego Charytonowicza.

Nycz przypuszcza, że może dojść do sytuacji, w której istnieć będą dwie, konkurujące ze sobą o znaczenie, humanistyki. Pierwsza, tradycyjna, „broniąca profesjonalnych metod i granic” oraz druga, „nowa”, działająca wespół z innymi dziedzinami na obszarach, które nie mieszczą się w ramach „tradycyjnych” granic dyscyplinarnych. W perspektywie ontologii kulturowej obie praktyki zajmują się żywymi znaczeniami (tym, co jest znaczeniem), obie praktyki też realizowane są w sytuacjach hermeneutyczno-aksjologicznych. Ta „wspólna rama” obliguje, by spojrzeć na obie tendencje jako na różne formy praxis w ramach jednego pola, by zamiast podtrzymywać pogląd o tym, że między tradycyjną a nową humanistyką zieje przepaść, budować między nimi most.

W koncepcji Nycza szczególnie istotne dla mnie jest czasownikowe rozumienie kultury, mówiące „o jej kreatywnych, sprawczych, działaniowych funkcjach”. Tak rozumiana „kultura jest siecią działań i znaczeń, w których aktywnie uczestniczymy, kształtujemy je”, ale i podlegamy ich oddziaływaniom. Jako podmioty sprawcze (agency) poprzez relacje, współoddziaływania kształtujemy siebie (i jesteśmy kształtowani) oraz współtworzymy nasz wspólny świat. To zaś nakłada na nas wielką odpowiedzialność. Jak pisał przywoływany przez Nycza Raymond Williams „Musimy badać każde uzupełnienie, każdą wartość, z całą uwagą, nie znamy bowiem przyszłości, nigdy nie możemy być pewni tego, co ją może wzbogacić [jak sądzę, także zniszczyć — M. M. B.]; teraz możemy tylko wsłuchiwać się i rozważać, cokolwiek się nam oferuje i chwytać, co możemy”. Williams podkreśla również, że fatalne dla analiz kultury okazało się oddzielenie tego, co osobiste od tego, co społeczne, gdyż spowodowało to, że zatraciliśmy możliwość pojmowania i artykułowania tego, co żywe, dziejące się tu i teraz, a skupiliśmy na badaniu instytucji czy norm dziedziczonych z przeszłości.

W koncepcji humanistyki Markowskiego problematyczny jest dla mnie jej egzystencjalistyczno-indywidualistyczny charakter. Nawet jeśli mówi on o dyskursach funkcjonujących w sferze publicznej czy wspomina o tożsamościach grupowych, to zasadniczo rozpatruje się humanistykę w związku z samokształtowaniem się indywidualnego podmiotu. Wydaje mi się, że dzieli nas także rozumienie samego podmiotu. Sądzę bowiem, że jest on niezbywalnie relacyjny, kształtuje się w interakcjach z innymi podmiotami, nie tylko ludzkimi, ale także kształtuje te inne podmioty. Wymiar wspólnotowy czy kolektywny wydaje mi się niezbędny także do tego, by uchwycić swoistość humanistyki. Ten wymiar kolektywny doskonale dochodzi do głosu w koncepcji Nycza, do której — po stosownej transformacji — da się włączyć ujmowanie humanistyki jako Bildung w wersji Markowskiego. Koncepcja Nycza jest też w wielu punktach podobna do tego, jak rozpoznaje się humanistykę z perspektywy ontologii kulturowej, opracowanej przez Barbarę Tuchańską. Jednakże przynajmniej w dwóch, według mnie istotnych, punktach ontologia kulturowa dostarcza oglądu ciekawszego niż ujęcie Nycza.

Primo, Nycz przypuszcza, że może dojść do sytuacji, w której istnieć będą dwie, konkurujące ze sobą o znaczenie, humanistyki. Pierwsza, tradycyjna, „broniąca profesjonalnych metod i granic” oraz druga, „nowa”, działająca wespół z innymi dziedzinami na obszarach, które nie mieszczą się w ramach „tradycyjnych” granic dyscyplinarnych. W perspektywie ontologii kulturowej obie praktyki zajmują się żywymi znaczeniami (tym, co jest znaczeniem), obie praktyki też realizowane są w sytuacjach hermeneutyczno-aksjologicznych. Ta „wspólna rama” obliguje, by spojrzeć na obie tendencje jako na różne formy praxis w ramach jednego pola, by zamiast podtrzymywać pogląd o tym, że między tradycyjną a nową humanistyką zieje przepaść, budować między nimi most.

Secundo, w perspektywie kulturowej znaczeniowość nie przynależy wyłącznie do obiektów, które u Nycza są przedmiotami kulturowymi. Ze znaczeniowością mamy również do czynienia w przypadku przedmiotów badanych przez przyrodoznawstwo. Różnica między humanistyką a przyrodoznawstwem polega na tym, że humanistyka zajmuje się tym, co jest znaczeniem, powiedzmy, znaczeniem żywym, a przyrodoznawstwo tym, co ma znaczenie dla nas, znaczeniem zobiektalizowanym i zobiektywizowanym (odwołuję się do rozróżnień Stanisława Pietraszki).

Czym dla mnie jest humanistyka?

Zainspirowany m. in. przez Jacques’a Derridę pisałem, że jest ona „Praktykowaniem krytycznego oporu wobec wszystkich pojęć, wartości, idei czy kulturowych tendencji po to, by nie przekształcały się one w zawłaszczające dogmaty i ideologie. Jest nie tylko rozumieniem i rozjaśnianiem, ale także — a może nade wszystko — praktyką, której skuteczność płynie z tego, że jest nieobiektywistyczna i performatywna: odsłania, choć zawsze tylko częściowo, sensy, które wprowadza do przestrzeni publicznej, oddziałując na inne praktyki wspólnotowe”.

Czym będzie humanistyka dla uczestników łódzkiej konferencji?

 

Komentarze

12.04.2018

Inne teksty tego autora

Polegać na sobie

Powinniśmy nauczyć się dbać o siebie – niekiedy na przekór społeczeństwu, a na pewno na przekór tym zjawiskom, które obniżają wartość człowieka, jego samoocenę. Nie oznacza to jednak, że egoistycznie ...