Piotr Szwed

Piotr Szwed

Literaturoznawca, krytyk muzyczny, nauczyciel, autor książki "Oddaleniec. Poezja Bolesława Leśmiana wobec romantyzmu polskiego".
Więcej

Bezreligijne chrześcijaństwo Tadeusza Różewicza

„Jestem przekonany, że prawdziwe dzieje chrześcijaństwa są wciąż przed nami, a nie za nami”

Józef Tischner, Myślenie według Ewangelii

 

Jako kogo znamy ks. Tischnera? Dla wielu jest głównie filozofem, jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci polskiego kościoła, ikoną tzw. katolicyzmu otwartego, charyzmatycznym kaznodzieją czy inspirującym wykładowcą. Dla mnie Tischner to przede wszystkim mistrz łączenia rozbudowanej, intelektualnej refleksji z niezwykłymi w swej prostocie zdaniami, których sentencjonalność nie ma w sobie powabu gładkich, pustych mądrości, jakimi karmi nas współczesna popkultura. Jeśli któregoś ze współczesnych myślicieli mogę sobie wyobrazić w sytuacji źródłowej dla filozofii, jako kogoś kto zaczepia przechodniów na ulicy, zadaje im pytania, prowadzi głębokie, a zarazem bezpretensjonalne rozmowy, to właśnie autora Etyki Solidarności, mistrza skrótu i bezpośredniości stylu.

Jest wiele zdań Tischnera, które do mnie nieustannie powracają. Niezależnie od tego, czy czytam Pismo Święte, słucham hip-hopu czy po prostu z samego rana idę piękną, rozświetloną ulicą. Zacytowany fragment Myślenia według Ewangelii przyszedł mi na myśl w związku z najnowszą książką Przemysława Dakowicza Poeta bezreligijny poświęconą Tadeuszowi Różewiczowi. W literaturoznawstwie często unika się wyrazistych, mocnych tez, pisząc o bliżej nieokreślonych związkach, aluzjach, nawiązaniach. Autor świetnej pracy o recepcji Norwida w latach pięćdziesiątych, wykładowca, a zarazem coraz ważniejsza postać nowej polskiej literatury unika asekuranckiego wielosłowia, tytułem książki i wstępem bardzo jasno przedstawia cel jej napisania: „Od czasu opublikowania nauki chodzenia – jestem o tym głęboko przekonany – nie sposób mówić o Różewiczu inaczej niż jako o „poecie bezreligijnym”. Co ten termin oznacza? Punktem wyjścia pracy Dakowicza jest wiersz zawarty w tomie Wyjście z 2004 roku. Właśnie w nim autor Niepokoju wyznaje: „w ostatnich dwóch latach biorę lekcje / u pastora Dietricha Bonhoeffera / który został powieszony 9 kwietnia 1945 roku”. Tytułowa nauka chodzenia to podążanie śladami, kroczącego za Chrystusem, niemieckiego teologa, będące próbą odbudowania wiary. Różewicz jest więc, według Dakowicza, posługującego się formułą wprowadzoną przez Ryszarda Przybylskiego, „w drodze do Emaus”. Ta wędrówka, którą podkreślają widoczne w wielu wierszach nawiązania do prastarego toposu drogi, nie zbliża jednak poety do żadnej tradycyjnie pojmowanej, instytucjonalnej formy oddawania czci Bogu.

 

O jakiej duchowości mówił Dietrich Bonhoeffer? To „wiara dojrzała do porzucenia «kostiumu» religii”. Niemiecki teolog, opisując zmiany cywilizacji zachodniej, wynikające z rozwoju nauk przyrodniczych, uważał za konieczne pogodzenie się z opisanym przez Nietzschego upadkiem chrześcijańskiej wizji świata. Negatywnie oceniał reakcję kościołów na kryzys religijności, nazywając ją „próbą cofnięcia kogoś, kto jest już dorosłym człowiekiem, z powrotem w okres dojrzewania”. Najważniejszym elementem światopoglądu Bonhoeffera wydaje się być jego interpretacja postaci Syna Bożego. Według niej, dopiero po odrzuceniu tradycyjnych rytuałów, wykroczeniu poza horyzont związanych z dawną formą wiary podziałów i uprzedzeń, jest możliwe przejście chrześcijaństwa w nową fazę rozwoju, która pozwalała na „usytuowanie Chrystusa w sercu ludzkiego świata”.

Niemiecki teolog nie rozwinął swojej koncepcji w formie rozbudowanego traktatu. Pisał o niej w wydanych po wojnie listach z więzienia, w którym na rozkaz Führera poniósł męczeńską śmierć. Dakowicz polemizuje z poglądem, że to antyhitlerowska działalność zdecydowała o fascynacji autora Kartoteki postacią protestanckiego duchownego: „odnalezienie w porządku biograficznym elementu, który czyni Bonhoeffera kimś bliskim Różewiczowi, to jedynie wstęp do właściwego przyswojenia jego refleksji teologicznej”. Niewątpliwie pozwala ona poecie zrozumieć, że „droga od tradycyjnej religijności do chrześcijaństwa po odejściu Boga, z jej etapem koniecznym – apostazją, nie była dążeniem chaotycznym, przypadkowym, ale stanowiła proces”. Doświadczenie to, opisywane przez Bonhoeffera i stanowiące fundament pisarstwa Różewicza, stało się udziałem wielu XX-wiecznych intelektualistów, choćby współczesnej znawczyni religii, Karen Armstrong, która w młodości po utracie powołania opuściła klasztor i zaczęła reprezentować radykalnie antyklerykalne poglądy, po to, by po wielu latach na nowo odkryć fascynację wiarą i zająć się poszukiwaniem możliwości porozumienia między trzema wielkimi monoteizmami.

Przemysław Dakowicz pokazuje Różewiczowski proces dochodzenia do chrześcijaństwa bezreligijnego z wielu perspektyw; jako wynikający z osobistych doświadczeń (silna więź z Jerzym Nowosielskim, u którego wizyty poeta nazywał „rekolekcjami zamkniętymi”) oraz procesów historycznoliterackich (rozdział o katastroficznych źródłach twórczości pisarza). Postawa autora Kartoteki jest czasem ironiczną reakcją na patos języka konfesyjnego, często towarzyszą jej ateistyczne deklaracje połączone z wyznaniami ukazującymi pragnienie wiary. Jest ono związane przede wszystkim z postacią Chrystusa. Nieprzypadkowo jednym ze słów kluczy w tomie Wyjście jest naśladowanie. Takie wiersze jak ***[Dostojewski mówił…], nauka chodzenia i ***[od kiedy ten „mały”…] wskazują ideał podążania za Tym, którego Różewicz nazywa „kimś Bliskim i tak Wielkim-Dalekim, że pisanie o nim staje się prawie niemożliwe”.

Z czysto filologicznego punktu widzenia prawdziwie imponujący jest sposób, w jaki Dakowicz interpretuje pochodzący z Płaskorzeźby wiersz ***[Czas na mnie…]. Poprzez analizę sensów, które zmieniają się w każdej z trzech, upublicznionych redakcji tekstu, skrupulatnie omawianie treści, z których poeta stopniowo rezygnował, literaturoznawca ukazuje, że to, co pozostało w wersji ostatecznej wchodzi w dialog z pominiętymi fragmentami, łącząc się z tematyką poszukiwań duchowych i naśladowania Syna Człowieczego. Pisanie zdaje się w tej perspektywie podejmowaniem decyzji związanych z redukcją znaczeń w imię doskonałości artystycznej.

Rzadko zdarza się, bym miał wrażenie, że publikacja literaturoznawcza jest za krótka. W  przypadku Poety bezreligijnego taka opinia to jednocześnie zarzut i komplement. Dziwić może, że o pewnych kwestiach Dakowicz nie pisze. Dlaczego wiersz nauka chodzenia, który słusznie zostaje nazwany punktem wyjścia całej koncepcji poety bezreligijnego, nie został dokładniej omówiony? Jak to możliwe, że badacz słowem nie wspomina o bardzo ważnej w tym tekście postaci Rilkego? Przecież przesłanie zakończenia tego utworu („skreśl słowo piękno”) stanowi całkowite przeciwieństwo świetnie ukazanego w jednym z rozdziałów procesu redukcji znaczeń wiersza ***[Czas na mnie…]. Szkoda, że zamykająca książkę rozmowa o relacjach Różewicza i Miłosza nie dotyczy, choć w niewielkim stopniu, Ziemi Ulro, tekstu, w którym autor Traktatu poetyckiego mierzył się z problemem zasadniczym dla teologii Bonhoeffera. Pomimo tych braków trzeba powiedzieć, że książkę czyta się znakomicie, wskazuje ona nowy sposób lektury dobrze znanych wierszy, chociaż można żałować, że Dakowicz sam wielu z nich nie interpretuje, nie pokazuje, jak poszczególne utwory, składające się na Płaskorzeźbę czy Wyjście, dotyczą interesującego go zagadnienia. Mam jednak wrażenie, że zamykająca pracę rozmowa między autorem Poety bezreligijnego z Janem Stolarczykiem jest czytelnym sygnałem otwarcia ważnej dyskusji. To propozycja rozpoczęcia dialogu, do którego bez wątpienia będą dołączać kolejni literaturoznawcy.

Jako kogo znamy dziś Tadeusza Różewicza? Widzimy w nim zazwyczaj świadka czasów holokaustu, autora, który przedstawił kryzys tożsamości współczesnego człowieka, mistrza niezwykle kunsztownej, oszczędnej formalnie poezji. Niewykluczone, że autor Niepokoju będzie stopniowo, wraz z kolejnymi interpretacjami, stawał się poetą wiary – w Chrystusa, który „jeśli umarł / zmartwychwstaje / o świcie każdego dnia / w każdym / kto go naśladuje”; twórcą, który był niezwykle sceptycznym, pełnym rozgoryczenia komentatorem współczesności, a jednocześnie wyrazicielem uzasadnionej nadziei, że coraz mniej religijny świat może być światem coraz bardziej chrześcijańskim.

Komentarze

22.09.2016

Inne teksty tego autora

Ponieważ jesteś tego warta

Lustereczko, powiedz przecie Simona Blackburna rzeczywiście jest lustrem. Dawno nie czytałem książki, która tak wieloaspektowo odzwierciedlałaby współczesność – chwytała ducha czasów obecnego w pozorn...

Prawdziwiej niż było

Rozmowa to zawsze w jakimś stopniu improwizacja, wymagająca otwartości, elastyczności, ale także umiejętności niezatracania się w cudzej opowieści. Właśnie taki charakter miało spotkanie z wybitnym po...