Witold Glinkowski

Witold Glinkowski

dr hab. (dyscyplina: filozofia, specjalność: historia filozofii, filozofia dialogu), prof. nadzw. Uniwersytetu Łódzkiego (Katedra Filozofii Współczesnej). Absolwent historii i filozofii. Członek Polskiego Towarzystwa Filozoficznego i Polskiego Towarzystwa Religioznawczego. Zajmuje się filozofią dialogu, antropologią filozoficzną, filozofią hermeneutyczną. Autor książek oraz kilkudziesięciu artykułów poświęconych m.in. myśli M. Bubera, J. Tischnera, M. Heideggera.
Więcej

(O)powieść o prawdzie

Kulturowa opresja, w jakiej znalazło się współczesne myślenie o prawdzie, niekwestionowany kryzys pojęcia prawdy, którego treść uległa wyraźnej erozji, dowodzą tego, jak bardzo pozycja tego pojęcia została zachwiana. Stało się to za sprawą jego uwikłania w błędne i szkodliwe polaryzacje – wokół takich myśli krąży autor Prawdy i życia.

 

Oto bowiem, jak twierdzi Michael Lynch, myśleniu o prawdzie narzucono sztuczną i opaczną perspektywę, wtłoczono je w przestrzeń limitowaną dwoma horyzontami – Scyllą dogmatyzmu i Charybdą relatywizmu – z których każdy rości sobie prawo do wyłączności, choć oba równie skutecznie deformują optykę wszelkiej potencjalnej refleksji.

Dochodzenie do prawdy przypomina odkrywanie nieznanych lądów. Jest to działanie mozolne, stopniowe, wymagające cierpliwości, systematyczności i umiejętności odnajdywania się względem czegoś, co w jakiś sposób nas przekracza, choć jednocześnie pobudza nasze zdolności poznawcze, inspiruje do poszukiwań. Jednak w przeciwieństwie do odkrywania lądów, prawda, którą odkrywamy, konstytuuje się nie bez naszego udziału – odkrywając ją, zarazem ją formujemy i dopełniamy. Uświadamiamy sobie, że dążenie do prawdy nie może pomijać konfrontacji naszych przekonań z faktami, których owe przekonania dotyczą. Jest ono raczej dążeniem do osiągnięcia takiej sytuacji, takiej perspektywy, w której swoje przekonania skłonni będziemy uważać za uzasadnione.

Ludzkie dążenia do prawdy nigdy nie są zwieńczone sukcesem, który można by uznać za absolutnie wiążący czy bezdyskusyjny. A jednak – tu Lynch pragnie podjąć dyskusję z Richardem Rortym i Donaldem Davidsonem – nie zwalnia to nas z powinności optowania na rzecz prawdy, poszukiwania jej i weryfikowania dotychczasowych przekonań na jej temat.

 
Naiwnością byłoby, jak sądzi autor, stawianie pytaniom o prawdę takich oczekiwań, które czyniłyby zadość absolutnej, niepodważalnej pewności, takiej, jaką miał na względzie Kartezjusz, pragnący widzieć ją w roli radykalnego panaceum na wszelkie wątpienie. Nie o taką wyidealizowaną i mityczną prawdę powinniśmy się ubiegać – nie o taki rodzaj pewności. Ta ostatnia bowiem, jak autor stwierdza „podlega stopniowaniu, ponieważ to, co składa się na uzasadnioną wątpliwość, zależy od sytuacji, w jakiej się ktoś znajduje”.

 

Nierozsądne byłoby przecież ignorowanie faktu, że zarówno nasze myślenie o prawdzie, jak i nasze poszukiwanie jej oraz weryfikowanie przebiega nie w wirtualnym, sterylnym świecie myśli, lecz w realnym „tu i teraz”, od którego żadna myśl nie może bez nieuchronnych negatywnych konsekwencji abstrahować, a zatem nie powinna tego robić. Prawda rozumiana jako wolna od wszelkich potencjalnych pytań, dociekań i wątpliwości byłaby zapewne możliwa jedynie w „świecie idei” – w obszarze sformalizowanych pewników, które jednak ani nie reprezentują realnego świata, ani nie wnoszą nic nowego do naszej wiedzy o nim.

Lynch postuluje „myślenie według prawdy”, ponieważ nie wątpi w fundamentalną funkcję prawdy, ujawniającej się jako wartość. Nie jest to jednak jedyna jej rola. Należałoby raczej mówić o wielu korespondujących z sobą, niejednokrotnie komplementarnych odsłonach prawdy, przenikających i organizujących naszą myśl oraz nasze życie, ku którego poznaniu myśl zmierza. Samo pytanie: „Po co przejmować się prawdą?” okazuje się równie ważne w życiu, jak w sferze teoretycznych spekulacji. Jest to pytanie nie tylko uniwersalne, ale też osobiste – do tego stopnia ważne dla każdej ludzkiej jednostki, że ignorowanie prawdy byłoby przejawem intelektualno-emocjonalnego deficytu lub tchórzostwa. Wszak prawda jest „dogłębnie normatywną własnością – jest wartością”. Co więcej, jest ona wartością cenną dla każdego.

Schlebia nam, gdy mamy w niej swój udział – chcemy, by nasze przeświadczenia były prawdziwe, a irytujemy się, gdy są błędne, czujemy dyskomfort, gdy musimy od nich odstąpić lub je zrewidować. Jednak znajomość prawdy nie zawsze jest pożyteczna – to zależy od jej przedmiotu, od konsekwencji jej uznania oraz od osobowości jej beneficjenta. Autor podaje przykład starszego człowieka, który poznawszy prawdę o tym, że wkrótce umrze, załamuje się, doznaje utraty sensu życia, porzuca dotychczasowe obowiązki i konstruktywne działania.

 
Prawda pojawia się w różnych funkcjach, w różnych odsłonach. Ta sytuacja nie tylko nie podważa jej statusu, ale zapewnia jej wiarygodność. Prawda ma „różne oblicza” i dlatego nie powinna być sprowadzana (jak to niestety bywało i wciąż bywa) do jednego wymiaru, do jednego sensu i funkcji.

 

Jeśli myślenie o prawdzie wymaga pewnej pokory – a wymaga, o czym autor przekonuje swoim żywym, a zarazem krytycznym dyskursem – to okazuje się, że od naszej postawy wiele tu zależy. Racje za przyjęciem postawy powściągliwości i pokory względem prawdy (co wcale nie oznacza sceptycyzmu) są już choćby te dwie. Z jednej strony istnieją rzeczy, o których nasza wiedza nigdy nie będzie zweryfikowana, co do jej prawdziwości, z drugiej strony, nie wszystkie nasze „prawdziwe” przeświadczenia zasługują na to miano.

„To, że w coś wierzymy, nie znaczy, że to coś jest prawdziwe, a to, że coś jest prawdziwe, nie oznacza, że uwierzymy”, zarazem jednak wierzymy o tyle, o ile przedmiot swojej wiary uważamy za prawdziwy. Wszelako powszechna, niejako wpisana w ludzką kondycję skłonność do przykrawania prawdy na miarę własnych wyobrażeń i oczekiwań, i do takiego jej preparowania, które czyniłoby zadość naszym presupozycjom – niejednokrotnie, jak się później okazuje, bezzasadnym, przedwczesnym lub chybionym – jawi się jako niewybaczalny grzech względem niej, jako uchybienie prowadzące do jej zafałszowania, choć bezsprzecznie schlebiające naszym ambicjom, afirmującym płonne uzurpacje naszego umysłu.

Od początku do końca tej obszernej książki, myśl autora meandruje, otwiera niespodziewane perspektywy, pobudza wyobraźnię. Autor nie wciela się w omnipotentnego arbitra, który ex cathedra poucza i domaga się posłuchu, nie zważając na potencjalne kontrargumenty. Przeciwnie, odnajduje się w żywiole dyskusji i zaprasza do niej, choć nie porzuca roli przewodnika, który potrafi udowodnić, że podejmowanie ważnych kwestii filozoficznych nie musi być uciążliwe, a tym bardziej nudne. Przekonuje, że może ono stać się kanwą fascynującej przygody, w której każdy czytelnik z przyjemnością zechce wziąć udział.

Komentarze

27.07.2020

Inne teksty tego autora