Jeremi Skrodzki

Jeremi Skrodzki

Student IV roku reżyserii w Szkole Filmowej w Łodzi. Poszedłby na filozofię, gdyby nie to, że dostał się do szkoły filmowej. Wychował się na wsi pod Warszawą. Zajmuje się głównie kinem dokumentalnym, gdzie porusza tematykę relacji współczesnego człowieka z naturą.
Więcej

Odległe wczoraj, dalekie jutro – czas głęboki Schellenberga

W jaki sposób zastosowanie sceptycznej perspektywy czasu głębokiego w oglądzie rzeczywistości zmienia naszą percepcję natury ludzkiej – tego, czym/kim jesteśmy? 

 

Zacznę od przywołania pewnego obrazu. Moje pierwsze skojarzenie po przeczytaniu fragmentów Religii ewolucyjnej Schellenberga. Jest takie wielopoziomowe skrzyżowanie, które wielokrotnie przejeżdżałem, gdzie chcąc skręcić w lewo, trzeba wjechać na estakadę i jechać cały czas po łuku. Najpierw jedziesz do góry, potem osiągasz najwyższy punkt i na koniec znów zjeżdżasz w dół. Kiedyś miałem takie skojarzenie, że to jakby jechać po południku geograficznym. Wyobraziłem sobie, że patrzę na siebie z ogromnej, kosmicznej perspektywy i to było porażająco uspokajające doświadczenie. Bo z tej ogromnej odległości, wyobrażając sobie, że jestem mikroskopijnym punktem na południku, inaczej spojrzałem na to, co zaprzątało wtedy moją głowę. Gdzie jadę? Po co jadę? Czy zdążę? Złapanie dystansu. To właśnie się stało ze mną na skrzyżowaniu i to właśnie proponuje w pewnym sensie Schellenberg. Nie patrzeć na naszą współczesność jak na coś skończonego, ale na coś, co jest w procesie, w drodze, i to na bardzo początkowym jej etapie.

Jest otwierające, żeby uświadomić sobie, że Ziemia „żyje w blasku Słońca” 4,5 miliarda lat, że ma przed sobą najprawdopodobniej jeszcze cały, kolejny miliard lat, że gatunek hominini liczy sobie 800 tysięcy lat. To prawda, że nie ogarniamy dalekiej przeszłości, tym bardziej tej jeszcze dalszej.

 
W takim kontekście nagle trzeba się zmierzyć ze świadomością, że po nas przyjdzie inne, nowe, jakieś, może lepsze. Gdzieś wydaje się to nieprawdopodobne, ale wystarczy przywołać wizję naszej „prababki” Lucy, która obsługuje iPhone. Niemożliwe, a jednak minęła mała cząstka czasu ludzkiej ewolucji i my teraz bez smartfona się nie ruszamy.

 

Czemu więc za tysiąc lat (bardzo mała część tego pozostałego nam miliarda) nie miałoby się wydarzyć coś, co radykalnie zmieni ludzkie życie na ziemi? Coś z pewnością się wydarzy, coś się z pewnością zmieni, bo nie ma powodu, żeby uznać, że jesteśmy szczytem ewolucji. Można oczywiście przyjąć jakąś katastroficzną wizję, która zniszczy gatunek ludzki. Zgładzimy się sami, natura zemści się na nas za jej bezsensowne niszczenie, pokonają nas plagi, zaraza czy susza. Jeśli jednak założyć ciągłość od teraz do za jakieś pół miliarda lat, to co? Jacy będziemy? Czy będziemy choć trochę podobni do siebie z dzisiaj? A może będzie tak, że umysł człowieka połączy się z maszynami. Ziści się futurystyczna wizja transhumanizmu. Powstaną istoty o niewyobrażalnych dla nas mocach umysłowych. De Duve przywoływany przez Schellenberga zauważa: „Patrząc przez drzwi Darwina nie widać żadnych granic możliwego rozwoju inteligencji”.

 
Poprzednie dwa akapity można podsumować chyba tak:
1. Świat zmieniał się, zmienia się i będzie się zmieniał.

2. Człowiek zmieniał się, zmienia się i będzie się zmieniał.

 

W sumie są to oczywistości po złapaniu odpowiedniego dystansu. Czy jest więc powód, żeby czymś się przejmować? Mam takie ogólne przeświadczenie, że warto się przejmować tym, na co ma się jakikolwiek wpływ. No więc powstaje pytanie, czy współczesny człowiek aktywnie uczestniczy w zmianach, po części je kreuje, czy tylko jest obiektem tych zmian, które powoli, mimochodem zachodzą? Niestety człowiek wziął sprawy w swoje ręce. To „niestety” sugeruje moją ocenę. W dalszych notatkach spróbuję wyjaśnić, co mnie niepokoi.

Wydaje mi się, że nigdy wcześniej w historii człowiek nie próbował na taką skalę bezpośrednio wpływać na ewolucję. Był obiektem, który ulegał zmianie w czasie, ale nie miał narzędzi, by ją wywoływać. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, jako przejaw takiego wpływu w przeszłości, to wojny, które osłabiały jedne rasy czy grupy ludzi, a wzmacniały inne. Zwycięzcy nieśli swoje geny dalej, pokonani ginęli, albo przynajmniej byli słabsi w swojej ekspansji. Współcześnie jest inaczej. Ostatnie kilkadziesiąt lat przyniosło duży skok w osiągnięciach nauki i medycyny. Są praktyczne możliwości wpływania na jakość ludzkiego organizmu. Pojawiła się, przynajmniej teoretyczna, perspektywa klonowania ludzi. Te kwestie podnosi w swoim artykule M. Sandel i choć często zadaje tam zaczepne pytania, co w tym złego, to na koniec wydaje się być krytyczny wobec działań ludzi, które gwałtownie i wbrew naturze zmieniają ścieżkę ich własnej ewolucji.

Sandel metodycznie omawia cztery obszary kondycji fizycznej człowieka: mięśnie, mózg, wzrost i płeć. Nie ma co wdawać się w szczegóły jego analizy, ale podsumowując, jest tak, że człowiek już teraz, na coraz większą skalę „manipuluje” przy właściwościach ludzkiego organizmu. Sterydy zwiększają moc ludzkich mięśni, farmakologia wpływa na procesy w mózgu, hormony regulują wzrost, a in vitro kieruje „do życia” wyselekcjonowane zarodki. Większość z tych procedur medycznych wyrosła na gruncie przeciwdziałania chorobom. W ślad za tym pojawiła się chęć do wykorzystania nowych możliwości do „polepszania” ludzkich organizmów.

 
Pojawiają się przy tej okazji zupełnie nowe pytania etyczne. Co z równością dostępu do tych technologii? Co z odpowiedzialnością rodziców za „zaprojektowane” dzieci? Co z poczuciem sensu własnych wyborów u „wymyślonych wcześniej” ludzi?

 

Te kwestie nie są w żaden sposób rozstrzygnięte, a inżynieria genetyczna może gwałtownie „przyśpieszyć” kreowanie nowych ludzi. Pisząc obrazowo, jeśli leki, sterydy, hormony używane do formowania „gotowych” ludzi „rozwozi się” po świecie rowerem, to technologia genetyczna może wsiąść od razu do odrzutowca. Tekst Sandela zrelacjonował mi brat. Dla mnie przeczytanie tego artykułu po angielsku nie jest możliwe. Jestem dyslektykiem, którego od czwartego roku życia rodzice próbowali wyedukować językowo. Bez dobrych rezultatów. Mam jakiś deficyt, z którym żyję. Nikogo nie obwiniam. Nikomu nic nie zawdzięczam. Żyję, korzystając ze swoich talentów i zmagam się ze swoimi ograniczeniami.

A co z moimi dziećmi? Teoretycznymi, póki co. Czy kusi mnie, żeby spreparować i przebadać zarodki, w których mój materiał genetyczny połączy się z materiałem genetycznym wybranej przeze mnie kobiety? Czy jako rodzice powinniśmy zdecydować się na zaimplementowanie do organizmu matki tylko takich komórek, które będą wcześniej przetestowane na wszystkie możliwe okoliczności i sformatowane według naszych preferencji? Czuję niepokój. Mam bardzo duże wątpliwości. Powiedzmy, że będę przeciwko. A co zrobi mój praprawnuk w podobnej sytuacji, przy uwzględnieniu sytuacji, że 80% populacji będzie stosowało takie metody? Jakiś czas temu czytałem fragmenty „Przyszłości natury ludzkiej” Habermasa. Interesująca lektura. Skopiowałem sobie kilka cytatów. Przytoczę słowa H. Arendt, do których odwoływał się Habermas: „Wraz z narodzinami dziecka, zaczyna się nowa historia życia. Nowy, indywidualny projekt. Rodzi się nowe dziecko i ludzie wokół oczekują czegoś nieoczekiwanego. Nie wiedzą, co wyrośnie z tego dziecka i to stawia to dziecko na równi z nimi”. I jeszcze jeden cytat. To wypowiedź H. Jonasa, także przywołana przez Habermasa: „Człowiek, który dotychczas w technice przeciwstawiał się naturze jako jej pan, teraz znowu przynależy do dziedziny technicznie opanowanej natury”.

Wydaje się być tak, że człowiek przekracza właśnie pewną granicę i z podmiotu, który panuje nad światem, sam siebie stawia w sytuacji przedmiotu. Chcąc się wywyższyć, poniża się. Paradoks. Takimi ścieżkami błądzi teraz moje myślenie o człowieku. Tak mi się łączy wizja szerokiego/głębokiego spojrzenie Schellenberga z rozważaniami Sandela. Trudno zobaczyć coś złego w bioinżynierii, jeśli dotyczy to badań nad białaczką. Wystarczy jednak poszerzyć perspektywę i można przestraszyć się wizji zmodyfikowanych techno-ludzi w przyszłości.

Komentarze

20.07.2020

Inne teksty tego autora