Joanna Sikorzanka

Joanna Sikorzanka

Polonistka (UŁ) i dziennikarka (UW), przez 35 lat związana z Radiem Łódź; autorka setek audycji literackich, organizatorka (z UŁ) kilkunastu konkursów poetyckich i redaktorka tomików pokonkursowych; reportażystka - laureatka wielu konkursów na reportaż, nominowana do Prix Europa za „Limankę na koniec wieku” (2001) i zdobywczyni Grand PiK za artystyczna formę radiową - „Ta nasza młodość” (2009); drukowała w „Polityce”, „Midraszu” i „Arteriach”. Mieszka w Łodzi.
Więcej

Wanda – kaliber 6,35

Cudem ocalali wracali do miejsc, w których się urodzili i gdzie mieszkali. Z nadzieją, że odnajdą swych bliskich i rzeczy, jakie pozostawili. Nie czekano na nich. Brak było powitań i okrzyków radości. „To ty żyjesz?” – pytano ze zdziwieniem i obawą, bo przecież pokój i kuchnia już zajęte, a meble i miednica należą do kogo innego. Usiłowali więc znaleźć sobie, po latach prześladowań, ucieczek i strachu, inne miejsca, ale nigdzie nie byli mile widziani. Stawali się obiektem ataków – słownych i fizycznych. Wojna się skończyła, ale chyba nie dla nich.

 

Z danych Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego im. Emanuela Ringelbluma w Warszawie wynika, iż w połowie 1945 r. przebywało w Polsce 78,5 tys. Żydów. Najwięcej spośród z nich zaczęło się osiedlać w Łodzi i okolicach — blisko 18,7 tys. To tu działał Wojewódzki Komitet Żydowski, któremu podlegało 40 mniejszych skupisk żydowskich, tu była – jedyna w Polsce – Wyższa Szkoła Rabiniczna oraz szkoła podstawowa im. Icchaka Lejba Pereca z jidysz jako językiem wykładowym. Tu, w Łodzi, miał siedzibę żydowski dom dziecka, działał teatr żydowski, istniały organizacje syjonistyczne, ukazywały się żydowskie gazety. Pod koniec 1945 roku było już w Łodzi 41 474 Żydów. To im poświęcił swą książkę opublikowaną w Wydawnictwie Uniwersytetu Łódzkiego – W reakcji na powojenną przemoc antysemicką. Samoobrona Żydów w Łodzi – uwarunkowania społeczno-polityczne i przestrzenne – Andrzej Rykała.

Łódź, w której przed wojną mieszkało około 200 tys. Żydów, nie czekała jednak z wyciągniętymi ramionami na powracających ocalałych. Owszem, istniały tu wspomniane wyżej instytucje, ale o ich bezpieczeństwo musiały dbać organy porządkowe i straż żydowska. Tak, wsparcia udzielały działające w mieście PPR i PPS, ale uprzedzenia wobec społeczności żydowskiej istniały dalej i wciąż żywe były stereotypy i przesądy religijne, jak chociażby ten dotyczący mordu rytualnego. Z tym że w nowej, powojennej wersji krew dzieci chrześcijańskich miała służyć do transfuzji dla wycieńczonych wojną ocalałych…

 
Stąd tylko krok do przyzwolenia na zbrodnię, która zresztą miała nie być czymś specjalnym, albowiem – jak pisze autor książki – „zabicie Żyda w przeświadczeniu wielu Polaków nie miało wagi morderstwa”.

 

Najlepszym tego dowodem może być pogrom kielecki, w którym — w lipcu 1946 roku — zginęło 37 Żydów, a 35 zostało rannych. Wszystko zaczęło się od plotki o chłopcu porwanym przez Żydów w celu dokonania na nim mordu. „Przyjmuje się, że ten okrutny akt zbrodni — czytamy w książce — został wywołany przez nieinspirowane odruchy społeczne, które znalazły wsparcie odpowiedzialnych za bezpieczeństwo organów porządkowych: Urzędu Bezpieczeństwa, milicji i wojska”. Nie zareagował na to wydarzenie kościół rzymsko-katolicki, uznając, iż „za podłoże morderstw Żydów należy uznać nie rasizm, lecz zmiany ustrojowe zachodzące w kraju”. Podkreślano jednocześnie, że Żydzi „stojący w Polsce na przodujących stanowiskach w życiu państwowym, dążą do narzucenia form ustrojowych, których ogromna większość narodu nie chce”. Zdanie to podzielali niektórzy działacze tzw. podziemia niepodległościowego, dążący do zwalczenia „żydokomuny” i popierający pogromszczyków.

Pogrom kielecki, któremu towarzyszyły także inne akty przemocy wobec ludności żydowskiej, zmusił jednych do emigracji z Polski, innych utwierdził w przekonaniu, że muszą bronić się sami. Centralny Komitet Żydów w Polsce podjął decyzję o powołaniu Centralnej Komisji Specjalnej, która miała zająć się ochroną instytucji i społeczności żydowskich. Utworzono 200 grup wartowniczych, w których znalazło się 2,5 tys. „strażników” uzbrojonych w broń automatyczną, karabiny, pistolety i granaty. Mieli oni – pisze Andrzej Rykała – „ochraniać całodobowo około 390 obiektów, w których siedziby miały: komitety, domy dziecka, domy starców, domy repatriantów, szkoły, stołówki, spółdzielnie, fabryki zatrudniające większą liczbę Żydów, partie żydowskie i kibuce”.

W Łodzi, największym skupisku Żydów, działało sześciu tzw. starszych wartowników i trzydziestu trzech wartowników niższego szczebla. Wspierali ich aktywiści ze służb ochotniczych. Razem – 450 osób. W książce W reakcji na powojenną przemoc antysemicką znajdziemy wykaz broni, jaką dysponowała żydowska samoobrona w Łodzi — przywołana w tytule recenzji Wanda Elster posiadała broń krótką kaliber 6,35; Mendel Frydlewski – kaliber 7,65; Samuel Gurwicz i Chil Grynszpan – kaliber 9. Inni wartownicy to – Bencjon Bursztyn, Judes Goldberg, Henryk Kolf, Jakub Łaskier, Icek Sendorf czy Chaim Grajek. Wartowników zaopatrzono także w „100 sztuk skarpet, 6 sztuk kamaszy i 10 par butów”, w 6 chronionych obiektach zainstalowano aparaty telefoniczne.

 
W lipcu 1946 roku, już po pogromie kieleckim, pojawiła się pogłoska o przygotowywanym „tumulcie, który miał wybuchnąć w osiemnastu punktach miasta; w pierwszej kolejności planowano przeprowadzić atak na Dom Dziecka w Helenówku”, gdzie przebywało osiemdziesięcioro sześcioro dzieci. Obawy nie były bezpodstawne, odnotowywano już napady na sierocińce, w których przebywały dzieci ocalałe z Holocaustu.

 

Tak było w Zakopanem czy Rabce – dom dziecka został ostrzelany z broni ręcznej i automatycznej, przez okna wrzucano granaty, dzieci musiały schronić się w piwnicach. Komendantem warty w łódzkim Helenówku był Fajwel Szwarc (kaliber 7,62), którego – jak czytamy – doceniono za „sumienną pracę […] w najbardziej niebezpiecznej placówce”, także w gorącym czasie wyborów do sejmu w styczniu 1947 roku. Z kolei starszy wartownik Józef Różycki został wyróżniony za „pełnienie warty przy żydowskiej drukarni i ocalenie od napaści dokonanej przez nieznanych sprawców na żydowskiego stróża nocnego przy ul. Narutowicza 32”, gdzie swą siedzibę miały m.in. redakcje gazet „Dos Naje Lebn” i Fołks Sztyme”, a także Żydowskie Towarzystwo Krzewienia Sztuk Pięknych, Związek Literatów i Dziennikarzy Żydowskich czy Związek Artystów Scen Żydowskich.

Helenówek; ulica Narutowicza 32, gdzie do dziś stoi zabytkowy dom strzeżony przez wykute w kamieniu nietoperze; skrzyżowanie Narutowicza i Armii Ludowej (dziś POW), miejsce „próby zamachu na Marka Edelmana” w dniu 20 lipca 1946 roku; plac Wolności, na którym „kilka osób pochodzenia żydowskiego padło ofiarą zaczepek” – to adresy doskonale mi znane. Gdy o nich czytam, gdy patrzę na sporządzone przez prof. Andrzeja Rykałę, który specjalizuje się w geografii historycznej i politycznej, mapy przedstawiające obiekty z przeszłości na tle współczesnej siatki ulic, dotykam tamtego świata, jestem blisko Wandy ElsterFajwela Szwarca czy Chaima Grajka. Gdy patrzę na przedstawione graficznie „akty morderstw popełnionych na Żydach pod koniec wojny […] i po niej […] w układzie czasowo-przestrzennym przy użyciu metody centroidów zasięgów”, czuję namacalność historii. „Kartograficzna metoda prezentacji”, o której wspomina Helena Datner z Żydowskiego Instytutu Historycznego, okazuje się świetnym sposobem na pokazanie wielowymiarowości zjawisk.

Formalnie Centralna Komisja Specjalna istniała krótko – do końca maja 1947 roku. Po jej likwidacji pozostawiono jedynie społeczne instytucje, które miały kontynuować „krzewienie ducha obrony, bitności i odwagi wśród ludności żydowskiej”. Andrzej Rykała przytacza na koniec swej książki myśl kierownika Centralnej Komisji Specjalnej, który powiedział – „Na naszą pracę trzeba patrzeć z perspektywy czasowej, aby ukazało się całe jej piękno i znaczenie. Wierzę, że przyjdzie jeszcze jakiś historyk i się nią zainteresuje”.

Przyszedł.

Komentarze

13.07.2020

Inne teksty tego autora

Całe moje życie

Mogę powiedzieć, że uniwersytet to całe moje życie. Zaczęło się od marzeń. Gdy jako dziecko spacerowałam z moimi psami ulicą Narutowicza, gdzie mieszkałam, a także pobliską Uniwersytecką czy Matejki, ...