Andrzej Rostocki

Andrzej Rostocki

Włodzimierz Andrzej Rostocki - dr socjologii, emerytowany wykładowca Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego. Od 1991 do 2012 roku analityk polskiego rynku książki. Autor list bestsellerów publikowanych w łódzkim „Bestsellerze”, w „Ex Librisie” i „Rzeczpospolitej” („Rzecz o książkach”). Autor felietonów poświęconych książkom i czytelnictwu w „Tygodniku Powszechnym” („Książki w Tygodniku”) i „Dzienniku Łódzkim”.
Więcej

Pamięć domu, pamięć uczelni, pamięć miasta

Z wielkim przejęciem czytałem przez kilka ostatnich dni książkę Adrianny Szczerby Dom uczonych. Kamienica przy ul. Uniwersyteckiej 3 w Łodzi w latach 1945-2017, opublikowaną w tym roku przez Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego. Biorąc pod uwagę ogromną pracę archiwalną i dokumentacyjną, jaką wykonała autorka, dziwiłem się, że na opisanie swojej pracy wybrała tak skromny tytuł. Nie sądziłem też, że historyczna wędrówka po mieszkaniach mieszczących się w gmachu, może być tak wciągająca. I już na wstępie muszę przyznać się do wyciągania zbyt pochopnych wniosków.

 

Autorka, adiunkt w Katedrze Archeologii Historycznej i Bronioznawstwa Instytutu Archeologii UŁ, napisała książkę pasjonującą – historia jednego domu została wpisana nie tylko w dzieje Uniwersytetu Łódzkiego, ale także w pamięć robotniczego miasta, które dopiero od roku 1945 mogło szczycić się posiadaniem kilku uczelni wyższych. Powikłane losy powołania Uniwersytetu, konteksty prymitywnie pojmowanej ideologii marksistowskiej, nieudane próby obrony autonomii uczelni i prawa do wolności nauki podejmowane przez jej pierwszego Rektora profesora Tadeusza Kotarbińskiego, oraz dramatyczne powikłania kariery naukowej i organizacyjnej profesora Józefa Chałasińskiego, kolejnego Rektora, stanowią niezwykle ważny i pouczający dla młodego pokolenia czytelników wątek książki.

Socjologowi, wprowadzonego w naukę przez uczniów Chałasińskiego – profesor Antoninę Kłoskowską i profesora Jana Lutyńskiego, nie ułatwiało to empatycznej lektury, tym bardziej, iż spokojne i wyważone poglądy autorki potwierdziły wnioski z moich wielogodzinnych rozmów prowadzonych z Janem Lutyńskim i jego żoną Krystyną Lutyńską o dramatycznych powojennych losach socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. Profesor Jan Lutyński był jednym z uczniów Józefa Chałasińskiego, ja z kolei jestem jednym z uczniów Jana Lutyńskiego, współtwórcy, wraz z Zygmuntem Gostkowskim, „metodologicznej szkoły łódzkiej”.

Dzieje łódzkiej socjologii, walczącej o naukową niezależność, szczególnie w latach panowania stalinowskiej wersji marksizmu, czytałem z ogromnym zainteresowaniem, nieustannie konfrontując swoją prywatną wiedzę z tezami zawartymi w książce. I muszę z satysfakcją stwierdzić, iż wnikliwa, rzetelna i niezwykle pracochłonna interpretacja dokumentów zawartych w archiwach UŁ, Archiwum Państwowym w Łodzi, Archiwum Polskiej Akademii w Warszawie oraz wspomnieniach pracowników, nie kłóci się z moją pamięcią osobistą. Mogę też dodać, że podjąłem dzięki książce prywatną podróż do własnych wspomnień z czasów studenckich i pracy zawodowej w Instytucie Socjologii.

 
Ta podróż uświadomiła mi, jak wielkie szczęście miało moje urodzone tuż po II wojnie światowej pokolenie, że los pozwolił nam spotkać profesorów: Jana Szczepańskiego, Antoninę Kłoskowską, Wacława Piotrowskiego (to właśnie jego fotografie są zapisem tamtych czasów i pokazują, w jak trudnych warunkach budowany był naukowy prestiż dyscyplin społecznych na UŁ) oraz Krystynę i Jana Lutyńskich.

 

Antonina Kłoskowska, Jan Lutyński i kilkoro innych socjologów, mieszkało i pracowało w gmachu na Uniwersyteckiej 3. Wszyscy dojeżdżający dzisiaj w wielkich korkach na zajęcia w UŁ mogą zazdrościć etnografom i socjologom bliskości do pracy. Jana Lutyńskiego, który w latach 1952-1958 zajmował wraz z żoną pokój z kuchnią na drugim piętrze domu, dzieliły do pracy dwa piętra, Instytut Socjologii bowiem mieścił się na piętrze czwartym. O jego pomieszczeniach i atmosferze tam panującej krążyły w naszym środowisku piękne legendy, przez wiele lat podtrzymywane ciekawością kolejnych pokoleń studentów.

Sam zresztą te legendy przekazywałem moim studentom, gdyż w roku 1966 właśnie na czwartym piętrze zdawaliśmy egzamin z logiki u słynnego z sarkazmu, wobec nierozumiejących rachunku zdań i rachunku kwantyfikatorów, dr. hab. Tadeusza Pawłowskiego. W dużym mieszkaniu państwa Lutyńskich, mieszczącym się już na parterze, nie tylko bywaliśmy jako pracownicy w czasie różnych konsultacji, ale mieliśmy też okazję smakować, z najmniejszych kieliszków świata, słynne nalewki Profesora. Pamiętam, iż kiedyś przekonałem gospodarza, iż te kieliszki nie mogą być, ze względu na swoją mikroskopijną pojemność, nalewane do połowy.

Omawiając książkę Adrianny Szczerby, zdaję sobie sprawę, że zbyt wiele miejsca poświęciłem socjologom. Na swoją obronę podam argument, iż znajduję się już poza ósmą, ostatnią fazą rozwoju tożsamości w teorii Erika Eriksona. Wymyśliłem zatem dodatkową dziewiątą fazę, nazwaną przeze mnie optymistycznie „fazą requiem”.

 
Ludzki podmiot żyje w niej przede wszystkim przywoływaniem i oceną czasu, który bezpowrotnie minął. Dlatego tak ważne były dla mnie opisy życia i działalności uczonych z mojej dyscypliny, niezbyt chętnie widziane ideologicznie przez władze aż do roku 1989.

 

Nie sądziłem, że naukowy tom jest w stanie tak mocno poruszyć osobiste wspomnienia i wywołać aż tyle pozytywnych emocji. Mam nadzieję, że z podobnymi uczuciami mogą czytać tę książkę o jednym gmachu, należącym od 1945 roku do Uniwersytetu Łódzkiego (i jego mieszkańcach), etnografowie, filologowie klasyczni, historycy sztuki, filologowie polscy, logicy i pedagodzy. Wszystkie te dyscypliny i ich pracownicy (część ich również mieszkała w gmachu) wpisały się w historię budynku przy ulicy Uniwersyteckiej.

Autorka wykonała ogromną pracę dokumentacyjną, ale to właśnie dzięki takiemu podejściu otrzymaliśmy książkę, w której analiza „pamięci gmachu” została kompetentnie i zajmująco wpisana w polityczne dzieje powojennej Polski (nie zawsze przynoszące nam chwałę – marzec 68’), trudny pierwszy okres budowania Uniwersytetu Łódzkiego oraz dramatyczną nieraz walkę, rzadko zakończoną powodzeniem, o autonomię nauki i wolność badań. Opisy życiowych i naukowych losów uczonych, szczególnie w latach 1950-1956, są często przykładem dziwnych i niezrozumiałych relacji nauki z jej systemowym otoczeniem. Nauka w tych zależnościach prawie zawsze jest zdecydowanie słabsza, nic więc dziwnego, że skrzywdzeni przy okazji zostają również naukowcy. Stratę jednak, przede wszystkim, ponosi społeczeństwo.

I takie również jest niezwykle ważne intelektualne przesłanie wnikliwej i niezmiernie ciekawej książki Adrianny Szczerby.

Komentarze

18.12.2019

Inne teksty tego autora