Tomasz Konopka

Tomasz Konopka

kulturoznawca, teatrolog, współtwórca kilku niezawodowych grup teatralnych, inscenizator, dostarczyciel tekstów scenicznych, grafik i plastyk
Więcej

Trzy kolory

Złoty

Łódź mimo nadania jej już w 1423 roku przez króla Władysława Jagiełłę przywilejów miejskich, długo musiała czekać na swoje „przebudzenie”. Ciekawe, że w 1794 roku zamieszkiwało ją zaledwie około 250 osób (niektóre źródła podają nieco większą liczbę mieszkańców). Stąd zapewne inicjatywa ówczesnych „pryncypialnych” Niemców o zmianę statusu Łodzi na wieś „ze względu na zubożenie miasta oraz typowo wiejski charakter”, jak można przeczytać w jednym z tomów Ilustrowanej Encyklopedii Historii Łodzi. Na szczęście możliwości gospodarcze terenu skutecznie ograniczyły tego rodzaju zapędy. Druga połowa XIX wieku okazała się dla Łodzi czymś więcej niż szansą na uratowanie „miejskości”.

Jej dynamikę wyznaczała europejska Wiosna Ludów z całym przekleństwem a zarazem dobrodziejstwem zrywów narodowych, wywołując określony ferment skierowany ku nowym, nieznanym wcześniej doświadczeniom, rodzącym się z „pędu postępowych sił ludzkości do przebudowy życia społecznego, z entuzjazmu do wszystkich przemian w organizacji życia, w technice…”, jak pisał 100 lat później teoretyk kultury Andrzej Osęka, odnosząc swą charakterystykę nie inaczej jak do dzieł sztuki XIX wieku.

Jego słowa właściwie opisują stan umysłów tamtej epoki. Gdyż to właśnie z tej „materii” w Łodzi pojawiają się „romantycznie rozgorączkowani inwestorzy”, wyrastają niczym grzyby po deszczu fabryki, a tuż obok eklektyczne — co znaczy pełne woli i wyobraźni architektów oraz ich zleceniodawców, skupiające uwagę niczym nieograniczoną ornamentyką — kamienice. Wraz z inwestycjami napływają pełni wiary i nadziei w przyszłość i w nowoczesność ludzie, tworząc charakterystyczną tkankę wielonarodowego, robotniczego miasta. Był to dla Łodzi niezwykle istotny czas, „złoty” okres, wyjątkowy moment narodzin jej niepowtarzalnej tożsamości.

 

Matowo srebrny

Postępująca w latach 20. XX wieku recesja wyhamowała rozwój miasta. Dwie dekady później II wojna światowa znacznie zmniejszyła liczebność jego mieszkańców, co w czasie powojennej odbudowy kraju, w połączeniu z „polityką deglomeracyjną” wobec Łodzi, w znaczny sposób spowolniło jej przebudowę. Dopiero lata 70., określane od nazwiska pierwszego sekretarza PZPR Edwarda Gierka — dekadą gierkowską (lata 1970-1980) stworzyły nieco więcej możliwości.

Z ogłoszonego w 1971 roku programu modernizacji i rozwoju kraju zakładającego „poprawę warunków życia ludności, czego jednym z elementów było przyspieszenie budownictwa mieszkaniowego z wykorzystaniem technologii tzw. wielkiej płyty”, cytując za Witoldem Jarno (autorem publikacji Gierkowska „prosperita”. Łódź w latach 1971-1980), uwolniono tak długo oczekiwane środki na podupadającą, od dekad nieremontowaną infrastrukturę miejską. Łódź jako miasto robotnicze miało stać się wizytówką skuteczności nowej władzy, potwierdzając przy tym jej proletariacki rodowód.

Program zakładał utrzymanie i dofinansowanie zakładów produkcyjnych oraz nowe inwestycje w budynki użyteczności publicznej — budowę nowych przedszkoli, żłobków i szpitali. To właśnie wtedy postawiono tak charakterystyczną dla miasta Śródmiejską Dzielnicę Mieszkaniową, którą dziś łodzianie nazywają „łódzkim Manhattanem”, a także oddano do użytku trasę W-Z (Wschód-Zachód) łączącą dzielnice Polesie i Widzew.

Z drobniejszych inwestycji warto wymienić kąpielisko „Fala” czy rozebrany przed paru laty hotel Centrum. Czytając Gierkowską „prosperitę odnoszę wrażenie, że był to czas dużej dynamiki, pośpiechu, co w jakiś sposób pozbawiało ów proces ważnego, kolorystycznego odniesienia. Z zamieszczonych w publikacji fotografii uderza jedynie dominująco monotonna i wszechobecna forma. Otoczenie — zapewne w jakiś sposób nowoczesne — przytłacza szarymi, podobnymi do siebie betonowymi budynkami. Jednocześnie — tutaj doszukuję się tak potrzebnego dla tej dykteryjki kontrastu — dla łodzian był to czas (zwłaszcza początek lat 70.) długo oczekiwanej stabilizacji, czas niewielkiego, aczkolwiek jednak wzrostu gospodarczego, pozwalającego na spełnienie prostych marzeń jak zakup pralki czy wybranie się z rodziną na — często w pełni dofinansowane z zakładu pracy — wakacje.

 

Brązowy

Kolor współczesności to brąz, a precyzyjniej rdzawy kolor Bramy Miasta — dwóch wież witających nielicznych podróżnych wysiadających z nowego dworca stacji Łódź Fabryczna. Ciekawy kolor, przejściowy między szlachetną czerwienią a szarością, między czystą stalą a jej nieuniknioną destrukcją. I tak w centrum Łodzi powstały i wciąż powstają ogromne budynki, mające w ramach kontrastu stanowić przeciwwagę dla historycznych kamienic. Zadziwiające, Łódź zmienia się na naszych oczach równie spontanicznie i eklektycznie co dwa wieki wcześniej. Zapewne ktoś za jakiś czas napisze o tej architektonicznej różnorodności z zachwytem, ale znajdą się kontestatorzy określający ostatnie dwie dekady jako najmniej przemyślany okres w dziejach estetyzacji miasta.

Niemniej jest coś w tym miejscu, co wywołuje tę przedziwną niestabilność, coś, co wywołuje mieszczańskie nieuporządkowanie. Może wiąże się to z charakterem Łodzi. Wszak na każdym kroku spotykamy się z jej historią, (prawie) każdy budynek w jej centrum jest zabytkiem, ale zabytkiem w jakiś sposób wstydliwym, zaniedbanym, niedoinwestowanym, przez to wywołującym destrukcyjne wrażenie nieciągłości.

Mimo podejmowanych wysiłków, by zahamować ten proces, zamalować brud, zatynkować dziury, odgradzać przestrzeń, by zasłonić czymś większym, czymś nowocześniejszym, czymś propagandowo wznioślejszym, wciąż widać tę Łódź swojską, Łódź prowincjonalnie plebejską. Czy miasto stanie się kiedyś prawdziwą metropolią? Pewnie nigdy, za blisko stolicy. Na pewno jednak stać ją na bycie ciekawym miastem, intrygującym. Pytanie, czy łodzianie posiadają wystarczająco dużo wyobraźni, aby nie ulec własnym, może nieco nad wyraz rozbudzonym ambicjom?

Komentarze

28.04.2020

Inne teksty tego autora

Teatr do końca

Teatr długo nie stawiał publiczności na pierwszym miejscu, w roli swoistego teatralnego podmiotu. Najczęściej przyznawał jej funkcję biernego konsumenta, kogoś, kto przychodzi do teatru tylko po to, b...

To stan umysłu

Grembach nie istnieje! Nie istnieje na starych planach miasta, nie istnieje w dawnych dokumentach, nawet etymologia słowa „Grembach” trudna jest do ustalenia. Niewykluczone, że ma ona coś wspólnego z ...