Marcin Giełzak

Marcin Giełzak

Przedsiębiorca, dziennikarz, autor i współautor książek i artykułów, ekspert w dziedzinie nowoczesnych technologii i innowacyjnych modelów biznesowych.
Więcej

Amerykański Hektor

Gdy myślę o amerykańskiej wojnie secesyjnej, zawsze przychodzi mi na myśl scena z filmu Przeminęło z wiatrem, w której kapitan Rhett Butler konfrontuje się z grupą patriotycznie (i prowojennie) nastawionych południowców. Wygląda to mniej więcej tak, że racząc się whisky i cygarami, rozprawiają o tym, jak „jeden gentleman jest w stanie położyć dziesięciu Jankesów”. Butler wtrąca przytomnie, że na całym Południu nie ma jednej fabryki nowoczesnej artylerii. Jeden z hurrapatriotów pyta oburzony, jaką to robi różnicę gentlemanowi. „Zapewniam Pana, że zrobi to bardzo dużą różnicę bardzo wielu gentlemanom” – odpowiada spokojnie kapitan.

 

Rhett Butler oczywiście miał rację: Konfederaci nie mieli szans wygrać tej wojny. Często jednak bywa tak, że przegrana armia kradnie show zwycięskiej. Trochę jak w przypadku nieszczęśliwej miłości to właśnie w klęsce można prawdziwie dać świadectwo bezinteresownego oddania sprawie. Lekkomyślne zarzucanie pobitym armiom tchórzostwa to szkolny błąd ludzi, którzy mało wiedzą o wojnach. Pokonani zazwyczaj mają dużo więcej okazji niż zwycięzcy, by dowieść swojej odwagi.

 

Trudno się zatem dziwić, że ich przykład bardziej pobudza wyobraźnię niż chłodny osąd kogoś takiego jak kapitan Butler. Niestety, często bywa on też inspiracją dla ludzi, którzy byliby w stanie poniżyć każdą sprawę – i nawet wojnie w obronie niewolnictwa odebrać resztki pretensji do wyższych celów i szlachetniejszych motywacji.

 

Jak wiadomo, kilka dni temu pośród chaosu, który ogarnął spokojne, akademickie Charlottesville, gdy tysiące „białych nacjonalistów” wyszło na ulice, wydarzyła się tragedia. Jedna osoba nie żyje, a kilkanaście zostało rannych po tym, jak faszystowski fanatyk wjechał samochodem w tłum kontrmanifestantów. Wszystko zaczęło się w piątkowy wieczór pod pomnikiem Roberta Lee, dowódcy wojsk konferederackich z czasów amerykańskiej wojny domowej. Licznie przybyli faszyści oprócz swastyk, rózg liktorskich, insygniów Waffen-SS czy krzyży celtyckich, dumnie prezentowali także symbole kojarzące się z „Przegraną Sprawą” południowych stanów.

 

Nie sposób się spierać, że konfederacka flaga to lepszy sztandar niż Hakenkreuz w barwach narodowych Rzeszy niemieckiej; podobnie, Robert E. Lee to wygodniejszy patron niż Adolf Hitler. Przecież w powszechnym mniemaniu generał Lee to swego rodzaju „amerykański Hektor”, dobry człowiek, którego okoliczności zmusiły do obrony złej sprawy. To także oficer, który przegrał wojnę, ale wygrał pokój. To wreszcie wierny, choć krytyczny syn niewolniczego stanu, który pragnąc zmian, nie mógł zgodzić się na to, aby wprowadzać je przemocą jankeskich wojsk. Gdybym przystał na ten uładzony życiorys, nie pozostałoby mi nic innego, jak zaprotestować przeciw temu, jak skrajna prawica bezcześci pamięć szlachetnego żołnierza. Im więcej jednak o tym myślę, tym pewniejszy jestem w przekonaniu, że problem nie polega na tym, że faszyści gromadzą się wokół pomnika generała. Sądzę raczej, że problemem jest sam pomnik. Moim zdaniem, mężczyźni z pochodniami i flagami lepiej rozumieją (czują?) przesłanie, jakie płynie z myśli i poczynań Roberta Lee niż jego apologeci. Przypomina mi się znane powiedzenie Józefa Szujskiego o fałszywej historii jako mistrzyni fałszywej – a w tym przypadku: faszystowskiej – polityki.

 

Obrońcy generała często cytują jego list do żony, w którym określa niewolnictwo mianem „wielkiego moralnego zła”. Rzadko przywołuje się kolejne akapity, mające uzasadniać, że było to jednak zło konieczne. Co innego mógł zresztą mówić człowiek, który sam posiadał niewolników? Wedle wszystkich znanych nam relacji Lee własną plantacją zarządzał twardą ręką. Nie szczędził niewolnikom bicia i szykan, w razie próby ucieczki – tortur. Przejawy nieposłuszeństwa lub opieszałości w wykonywaniu poleceń nieraz osobiście karał chłostą. Być może uważał to za bardziej honorowe postępowanie niż administrowanie kar poprzez podwładnych. Jako oficer (i gentleman) Lee nie protestował, gdy jego żołnierze zabijali czarnych jeńców lub pędzili ich przez ulice miasta Południa, gdzie rozwścieczony tłum brał sprawy w swoje ręce. Nie sprzeciwił się też rozkazowi angażowania regularnej armii do porywania w niewolę i sprzedawania na targach wolnych czarnych Amerykanów z Północy. Nawet po przegranej wojnie, w cywilnym życiu, generał sprzeciwiał się równouprawnieniu czarnoskórych. Uzasadniał to używając rasistowskich argumentów, które równie dobrze można było usłyszeć w jego czasach, jak i dzisiaj w dowolnym lokalu o słabej renomie w jego rodzinnej Virginii (tyle, że sformułowane już w mniej eleganckiej formie).

 

Konfederacka flaga nie symbolizuje dzisiaj jedynie rasizmu. Warto przypomnieć, że wojska Unii oddawały sobą całą różnorodność, złożoność, ale i obietnicę przyszłej Ameryki. Nie brakowało w ich szeregach emigrantów z Irlandii czy Włoch albo weteranów Wiosny Ludów z Polski, Niemiec, Austrii czy Francji. Armia maszerująca pod krzyżem św. Andrzeja była, z nielicznymi wyjątkami, armią białych anglosaskich protestantów. Ich rozumienie amerykańskiej tożsamości było silnie wsobne, wykluczające i wrogie względem odmienności. Ta różnica jest bardzo czytelna dla tych, którzy przyszli demonstrować pod pomnikiem generała armii, walczącej pod tym sztandarem.

 

Żołnierz z Północy miał wierzyć, że walczy o jedność Unii i przyszłość demokracji. Południowcom mówiono, że biorą udział w drugiej amerykańskiej rewolucji, która utwierdzi prawa stanów i zagwarantuje im swobodę wyboru własnej drogi oraz stylu życia. Taka sama „konserwatywna rewolucja” marzy się wielu z tych, którzy przybyli do Charlottesville. To oczywiście nie oznacza, że Północ była bez skazy, a Południe bez swoich racji. Unia długo zwlekała, zanim oglosiła wyzwolenie wszystkich niewolników, tolerowała też w swoich szeregach niewoliczny stan, jakim było Kentucky. Jak trafnie zauważył Shelby Foote, wojna secesyjna była starciem dwóch wizji społeczeństwa, spośród których, jedna nie mogła istnieć bez niewolnictwa. W tym sensie wystąpienie Konfederatów z definicji wiązało się z obroną tej haniebnej instytucji. Przestrzegał jednak, aby nie wyciągać z tego wniosku, że Jankesi walczyli za czarnych Amerykanów, a Konfederaci – z nienawiści do nich. Nie brakowało rasistów i nawet instytucjonalnych przejawów rasizmu na Północy, tak jak nie brakowało na Południu tych, którzy liczyli na częściowe lub etapowe zniesienie niewolnictwa. Byli nawet tacy, którzy w ostatniej fazie wojny chcieli wcielić niewolników do konfederackiej armii, próbując kupić niepodległość za cenę (częściowej) emancypacji. Byli również Konfederaci (m.in. generał Longstreet), którzy po wojnie opowiedzieli się wyraźnie za uobywatelnieniem czarnych Amerykanów. Problem polega na tym, że Robert E. Lee do nich nigdy nie należał.

 

Jeśli Południe potrzebowało męczennika, lepiej nadawał się na niego generał „Stonewall” Jackson, który wygrał nie mniej bitew niż Lee, a poległ na polu walki nie doczekawszy kapitulacji pod Appomattox. Gdyby chciało docenić swoich wodzów, miało lepszego stratega choćby w osobie Jamesa Longstreeta. Lonstreet bez powodzenia starał się powstrzymać generała Lee przed samobójczą szarżą pod Gettysburgiem, która złamała (i tak nikłe) szanse Południa na zwycięstwo. Jeśli zaś chodziło o osobowość, jaka mogłaby symbolizować barwność i czar gentlemana dawnego Południa, to czy ciekawszy nie był choćby generał Pierre Beauregard („pierwszy paladyn Południa”), którego osławione brawura i zawadiacki styl czynią wdzięcznym tematem dla filmów i powieści?

 

Wszyscy oni jednak związali swoje losy z generałem Lee i każdy z nich wierzył, podobnie jak kolejne pokolenia, że to właśnie jemu Bóg powierzył honor Południa. Nie zapominajmy jednak, że gra toczyła się wtedy o wyższą stawkę. Abraham Lincoln bez cienia przesady, i nie posługując się przenośnią, mówił, że właśnie pod Gettysburgiem rozstrzygnęło się, że rząd „ludu, poprzez lud i dla ludu nie zniknie z powierzchni ziemi”. Amerykańskie dzieci do dzisiaj składają przysięgę wierności fladze Unii, nie Konfederacji, bo tylko jedna z nich ma uosabiać ideał „wolności, równości i sprawiedliwości dla wszystkich”. Miejmy nadzieję, że porażki wojsk generała Lee już żadną mocą nie da się przekuć w pogrobowe zwycięstwo, które by ten ideał pogrzebało.

Komentarze

17.08.2017

Inne teksty tego autora

Prawo i prawnicy wobec Niepodległości

Odrodzenie polskiej państwowości, które miało miejsce przeszło sto lat temu, oznaczało wskrzeszenie polskich instytucji i praw oraz afirmację faktu, że o ich kształcie powinni decydować sami Polacy.  ...

Hiperłącza obaliły hierarchię

W 1999 roku cały (cyfrowy) świat żył euforią wokół firm internetowych i paniką spowodowaną „pluskwą milenijną”. To pierwsze skończyło się wielkim kryzysem całej branży, to drugie – wielkim niczym. Pra...