Łukasz Krawczyński

Łukasz Krawczyński

Więcej

Dlaczego warto oglądać filmy postapokaliptyczne?

Odliczanie do nowego roku nie mogło zagłuszyć drugiego, jeszcze cichego – ale coraz bardziej natarczywego – odliczania. Puszczony w ruch na fali zimnowojennego zagrożenia Zegar Zagłady da się słyszeć coraz bardziej wyraźnie. Wyobrażam sobie, że po osiągnięciu północy, zamiast głośnego huku lub skamlenia włączy się głos z offu. Już słychać trzask puszczanej taśmy. A o tym, że to ludzkość się nie zmienia, mógłby opowiedzieć Samuel Scheffler.

 

Jednak zanim do tego dojdzie, autor Śmierci i życia po śmierci odpowie na pytanie – dlaczego należy oglądać filmy postapokaliptyczne? W filmie Rover, którego akcja – w dużym uproszczeniu – nawiązuje do pierwszego Mad Maxa, jest taka scena: główny bohater ściga ludzi, którzy ukradli mu samochód. Widzimy go podczas pojedynku na autostradzie, kiedy dogania ich zdobytym chwilę wcześniej pickupem, ale w chwili, gdy mógłby wywołać kolizję i zepchnąć samochód do rowu, niszcząc co najwyżej bagażnik – zdejmuje nogę z gazu. Dlaczego?

Scheffler, którego nawiązanie do filmu postapokaliptycznego na pewno nie urazi, bo sam w swoich rozmyślaniach często odwołuje się do popkultury, m.in. do filmów katastroficznych – mógłby pewnie udzielić ciekawych wyjaśnień. Zacznę jednak od tytułu książki, który może wprowadzać w lekką konfuzję. Otóż życie po śmierci należy rozumieć w znaczeniu najbardziej oczywistym, wyzbytym wszelkiej tajemnicy i mistycyzmu – chodzi o trwanie społeczeństwa po śmierci jednostki. O to, co wszyscy wiemy: jeszcze po żadnej śmierci świat się nie zapadł, abstrahując od tego, że często gwałtowne zgony powodowały jeszcze gwałtowniejsze skutki. Równie oczywisty wydaje się pogląd, który stanowi rdzeń książki, a mianowicie: należy wierzyć albo w kolektywne życie po śmierci, albo w indywidualne życie po śmierci.

 
Scheffler odkłada na bok — choć traktuje je z szacunkiem — kwestie wiary religijnej oraz dążenia technokratów do zapewnienia sobie trwania po zgonie, a następnie stwierdza, że o ile nie jesteśmy w stanie w żaden sposób wesprzeć własnego życia po śmierci, to jak najbardziej możemy podjąć działania zmierzające do zagwarantowania dalszego trwania ludzkości.

 

To rzeczy, o których chyba wszyscy wiemy, ale niekoniecznie lubimy o nich myśleć. I kiedy patrzymy na te oczywistości, nasuwa się nam ostatnia, już niewypowiedziana: widzimy, że cała ta wiedza całkowicie rozmija się z codziennym doświadczeniem. Scheffler odsłania absurd, który z nieco innej strony przedstawił w zeszłym roku Douglas Rushkoff. Mam na myśli przedrukowaną przez kilka polskich czasopism opowieść o spotkaniu z miliarderami, którzy przewidując potencjalną katastrofę, pragną jak najlepiej urządzić się w nowych czasach, zamiast zapobiegać apokalipsie. Istotnie funkcjonujemy na co dzień i oswoiliśmy się z widmem końca ludzkości, ale przerażenie spowodowane tą perspektywą, rozładowujemy w dalszym ciągu, niszcząc naszą planetę.

To wszystko tylko pozorne oczywistości. Chociażby kwestia związana z następującymi po nas pokoleniami, które przywykliśmy uważać za podmiot naszej odpowiedzialności i sprawiedliwości.

 
Tymczasem Scheffler odsłania kolejną drogę na skróty naszego myślenia – bo na ile chodzi o to, że moglibyśmy być bardziej zmotywowani, by chronić interesy przyszłych pokoleń, a na ile o to, że jesteśmy od ludzi, którzy nawet się jeszcze nie narodzili, w dużym stopniu zależni?

 

Jak dużym? Autor Śmierci i życia po śmierci stawia tezę, że zaistnienie ludzi, których nigdy nie poznamy, jest o wiele ważniejsze niż trwanie nasze lub najbliższych nam osób. Dlaczego?

Bohater Rovera nie niszczy samochodu, bo w bagażniku są rzeczy, które mają dla niego ogromną wartość. A czy nam się to podoba, czy nie, wartości, które cenimy – a nawet kilka takich, z których możemy być dumni – mogą być takie tylko ze względu na swój punkt odniesienia, którym jest ludzkość. Scheffler nie precyzuje, które rzeczy są wartościowe, zależy mu jedynie na pokazaniu, że bez wartości, co do których powinniśmy mieć pewność, że będą trwały jeszcze wiele lat po naszej śmierci, cała teraźniejszość jest pozbawiona sensu.

Dlaczego oglądać filmy postapokaliptyczne i przeczytać wykłady Samuela Schefflera? Bo uznajemy życie kolektywne za pewnik, a nigdy wcześniej nie mieliśmy jak skonfrontować się z potencjalnymi reakcjami na zniszczenie całej ludzkości. A właściwe porównanie to zestawienie naszych faktycznych reakcji na pewną jednostkową śmierć z tym, jak zareagowalibyśmy – na równie pewną – zagładę ludzkości. A czemu Scheffler? Bo może być przyjemnym głosem z offu, który wprowadza nas w wirtualną wizję końca świata. A może być głosem, który kiedyś będziemy mieli w głowie, ale będzie już za późno, by tę filmową taśmę z nagraniem zatrzymać, nie wspominając o cofnięciu jej.

A jeśli nie będzie już nikogo, to nikt nie pomyśli o tych wszystkich rzeczach, które mogą kryć się w bagażniku palącego jak smok samochodu.

Komentarze

17.02.2020

Inne teksty tego autora

Ośrodek przyjemności. Czy warto ufać instynktom?

Książka Kringelbacha tylko w części składa się z opisu badań nad zachodzącymi w mózgu procesami. Uzupełniona o liczne anegdoty, wchodząca na tereny antropologii i psychologii, praca ta pokazuje, jak w...