Tomasz Konopka

Tomasz Konopka

kulturoznawca, teatrolog, współtwórca kilku niezawodowych grup teatralnych, inscenizator, dostarczyciel tekstów scenicznych, grafik i plastyk
Więcej

To stan umysłu

Grembach nie istnieje! Nie istnieje na starych planach miasta, nie istnieje w dawnych dokumentach, nawet etymologia słowa „Grembach” trudna jest do ustalenia. Niewykluczone, że ma ona coś wspólnego z niemieckimi osadnikami przybyłymi bliżej Łodzi w poszukiwaniu lepszych warunków życia. Skoro coś nie istnieje, dlaczego poświęcono temu obszerną publikację? Dlaczego Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego zdecydowało się wydać Grembach – etnograficzny przewodnik po łódzkim osiedlu Grażyny Ewy Karpińskiej i Aleksandry Krupy-Ławrynowicz?

 

Być może Grambach, oprócz zwyczajowej nazwy Podwzgórza (części łódzkiej dzielnicy Widzewa), jest czymś więcej niż rodzajem praktyki, w której ludzie „tworzyli prywatną i podmiotową mapę osiedla”? Może to nie miejsce, lecz rodzaj mentalnej projekcji albo, jak pisał Robert Park: „stan ducha, zespół zwyczajów i tradycji, inaczej mówiąc, produkt natury, zwłaszcza zaś natury ludzkiej”?

Historia Grembacha wiąże się z charakterystycznym determinizmem ówczesnych osadników. Nagle, pod koniec XIX wieku, na obrzeżach miasta, wzdłuż polnej drogi, zaczęto budowę Fabrykę Nici „Ariadna”. Tuż obok natychmiast powstały emanacje prywatnej inicjatywy co bardziej operatywnych robotników, czyli  małe, drewniane domki budowane z byle czego, z resztek, z desek pozyskanych na przykład po budowie lokalnej parafii. Dopiero kiedy owa struktura nieco okrzepła, pojawiły się bardziej stosowne szlaki komunikacyjne: brukowana droga, elektryczność, a wraz z nią także tramwaje. A gdy Grembach ostatecznie wypełnił się ludźmi, ustabilizował, stał się czymś więcej niż tylko biznesowym marzeniem, stał się centrum lokalnej kultury. Proboszcz udostępnił dom parafialny na bibliotekę i przedszkole, pojawiły się sklepy oraz lokale usługowo-gastronomiczne kreujące zupełnie inne niż do tej pory „sceny z życia codziennego”. Fabryka nici „Ariadna” oczywiście nadawała ton tej eventowej krzątaninie, organizując popularne wśród robotnic (należy pamiętać, że większość załogi fabryki stanowiły kobiety) konkursy haftu.

Oczywiście takich Grembachów w dynamicznie budującej się Łodzi było więcej. Ba! Cała Europa, co tam Europa, cały świat XIX wieku to jedna, wielka fabryka, której ikoną stała się para napędzająca maszyny, pociągi oraz statki-potwory pozwalające dotrzeć do każdego miejsca na ziemi. Dzięki maszynom znikły ograniczenia, ludzie zaczęli z jeszcze większą pasją przekształcać otoczenie.

 
Można odnieść wrażenie, że cały ten zgiełk powinien rozsadzić ówczesną rzeczywistość, lecz istniało coś jeszcze, coś, co stabilizowało ten burzliwy proces, coś jakby duchowy system, system oparty na powinności wobec pracy dającej utrzymanie, powinności wobec sąsiadów oraz powinności wobec stworzonej na jego potrzeby robotniczej tradycji.

 

Wspominam moich dziadków, którzy kilka dekad później żyli jeszcze zgodnie z tym specyficznym, osadniczo-robotniczym duchem (byli powojennymi emigrantami zarobkowymi). Mieszkali w zupełnie innym miejscu, pracowali w innych zakładach pracy, w innej części Polski, wydawałoby się w innej rzeczywistości, a mimo to kreowali dokładnie ten sam mit oparty na podobnym doświadczeniu, na podobnych potrzebach. Ta silna identyfikacja z grupą, z miejscem, pielęgnowała określony mitotwórczy potencjał, wszak: „Mity nie są kłamstwami, tylko symbolicznymi, silnymi artykulacjami odczuwanych rzeczywistości” jak pisał Peter Marshall – stąd wymagana jest stała obecność uczestników, zaangażowanie, rytualne odnawianie, w innym przypadku mity szybko straciłyby kreatywną siłę spajania grupy.

Pamiętam jedną z opowieści dziadków. Bohaterką była ogromna, sięgająca kilku pięter, grusza rosnąca przed czymś w rodzaju „famułu” (łódzkie określenie robotniczego domu). Z jej późnojesiennych owoców korzystali wszyscy sąsiedzi i mieszkańcy przyległych domów. Najsprawniejsi mężczyźni z sąsiedztwa wchodzili na jej szczyt i strącali twarde owoce, a kobiety zbierały je do wiader, fartuchów i worków, każdy tyle ile potrzebował i potem te małe gruszki zalewano słodkim syropem, by zimą napawać się ich szczególnym gorzkawo cierpkim smakiem. Rytuał powtarzano co roku, zawsze w tej samej oprawie.

Grusza była osią wspólnoty, tak samo jak trzepak, jak wspólne ploteczki w przydomowych ogródkach, jak wspólne pranie we wspólnej pralni. Pamiętam, że każde rodzinne spotkanie kończyło się takimi wspominkami i zawsze pointą była historia o gruszy, gdyż na jej końcu dziadkowie robili teatralną pauzę, by z dumą odsłonić wielki słój z małymi cierpko-słodkimi owocami. Czy była to tylko frywolna zabawa, widowiskowe w swej niewielkiej skali wspomnienie? A może nauka czy raczej dzielenie doświadczenia? Na pewno wszystko to było mocno powiązane z tamtą przemijającą wraz z dziadkami obecnością. Wtedy też zrozumiałem, że ich mitotwórcza witalność musi ulec rozpadowi, że ich świat prędzej czy później odejdzie.

 
Dziś coraz mocniej zanurzamy się w globalnym, tymczasowym collage’u specyficznych i zatomizowanych planów, które w żaden sposób nie powtórzą tamtych międzyludzkich relacji, tamtych prywatnych, bliskich powiązań. Dziś: „Wszystko jak gdyby się zawęża, więc kiedyś jedna nitka wystarczała do wszystkiego, dzisiaj jedna nitka nie wystarczy, za tym ciągle trzeba nadążać”. (cyt. pan Marek wieloletni pracownik fabryki nici „Ariadna”).

 

W powyższym szkicu nie chodzi, jak sądzę, o sentymenty, lecz o potrzebę uważniejszego śledzenia historii. Historii, która określa Grembach nie tylko jako miejsce pracy i życia małej robotniczej społeczności, lecz także wpisującej się w znacznie obszerniejszy zakres społecznych powiązań, wykraczający poza ramy „nieistniejącej dzielnicy” Łodzi.

Komentarze

31.01.2020

Inne teksty tego autora

Trzy kolory

Złoty Łódź mimo nadania jej już w 1423 roku przez króla Władysława Jagiełłę przywilejów miejskich, długo musiała czekać na swoje „przebudzenie”. Ciekawe, że w 1794 roku zamieszkiwało ją zaledwie około...

Uff, może to i lepiej, że zostanę dziwakiem

Ta tęsknota pobycia choć przez chwilę innym, dziwnym, obezwładnia jak obietnica niecodziennej rozkoszy, a przy okazji objawia nasze najskrytsze potrzeby i marzenia. Czy istnieje takie bezpieczne miejs...