Zofia Hałęza

Zofia Hałęza

Studentka filozofii i pedagogiki na UŁ.
Więcej

Dlaczego kochamy?

Seria Kim jest człowiek? wzbogaciła się o kolejną pozycję. Tym razem jest to książka autorstwa amerykańskiego filozofa Harrego Frankfurta, o przyciągającym uwagę tytule – Dlaczego kochamy? Chociaż o miłości powiedziano już wiele, nadal nie zaspokoiło to ludzkiej ciekawości i pozycje o takiej tematyce wzbudzają zainteresowanie. Dlaczego jest nam tak ciężko zdefiniować miłość i nadal poszukujemy o niej wiedzy? Czy należy winić za to współczesną kulturę, w której miłość jest czymś ulotnym, subiektywnym, nieopisywalnym? Czy gdyby nie obraz miłości ukształtowany przez literaturę i kino, to nadal rozumielibyśmy ją tak samo? Z każdej strony jesteśmy zalewani informacjami o tym, jak miłość powinna wyglądać. Mamy zatem dwa ekstrema: pełen kiczu, słodki ulepek albo obraz miłości wymagającej poświęceń, rozpaczy i wielkich słów, przywoływanych jednak często bezrefleksyjnie i na zasadzie językowej kliszy. Ciężko w takiej sytuacji o kreatywność i asertywność wobec tych schematów. Skoro obraz miłości jest już ukształtowany, to bezpieczniej go powielać.

 

Tymczasem lektura książki Frankfurta może stanowić dla nas punkt wyjścia do refleksji niepowielającej stereotypów. Nawet jeśli nie interesuje nas temat miłości, warto zajrzeć do Dlaczego kochamy? Szczególnie polecam ostatni rozdział, dotyczący miłości własnej. Kochanie siebie jest czymś, czym nie lubimy się chwalić. Skojarzenie jest tu proste – osoba, która kocha siebie to egoista i narcyz. Definicja zaproponowana przez Frankurta jest zupełnie inna. Kochanie siebie nie musi wiązać się z nadmierną pobłażliwością wobec własnej osoby. To naturalne uczucie. Nie wpływają na nie cechy naszej osobowości i wyglądu. I tutaj pojawia się tytułowe pytanie. Dla Frankfurta odpowiedź jest prosta. Kochamy, ponieważ mamy takie pragnienie. Pragniemy mieć cel, chcemy, aby nasze działanie miało sens. Potrzeba kochania wiąże się z potrzebą ukierunkowania naszego życia na coś. Dlatego ta podstawowa odmiana miłości, miłość własna, spełnia to pragnienie. Dokładne wyjaśnienie tej koncepcji znajduje się w książce. Mnie natomiast zastanawia, czym w takim razie ta miłość jest?

 

Czy nie jest to po prostu rodzaj troski, instynkt samozachowawczy? Naszym celem jest przeżycie, ale czy mamy od razu nazywać to miłością? Problem tkwi w tym, że mówiąc o kochaniu czegoś, nie zastanawiamy się nad znaczeniem tego słowa. Możemy powiedzieć to do ukochanej osoby albo mówić, że zakochaliśmy się w nowej fryzurze koleżanki. Czy mamy na myśli to samo? Dlatego koncepcja miłości własnej Frankfurta powinna być uzupełniona o dokładniejszą definicję tego uczucia. Jeżeli książka ma podchodzić do sprawy naukowo, to powinna używać precyzyjniejszego języka. Ale może jest to świadoma prowokacja, która ma na celu zmusić nas do refleksji nad tym, co przeczytaliśmy. Tak czy inaczej, autor zostawia tutaj otwartą furtkę, z której czytelnik może skorzystać.

 

Przez miłość zaczęliśmy rozumieć określone zwroty i gesty. Coraz więcej osób marzy o historii miłosnej rodem z hollywoodzkiego filmu. I chociaż jest to już tak naturalne, że nie widzimy w tym nic złego, to utrwalona i powielana definicja miłości w tym duchu deformuje ludzkie działania. Szukamy miłości na siłę, mylimy wypowiedzenie kilku słów z prawdziwym uczuciem. Niestety, słowa nie mają siły sprawczej, a czasem nawet niektóre gesty nie są wystarczające. Miłość, a rozumiem przez to słowo wiele emocji, czynów, słów i chwil, wymaga pracy. Instynkty są nam dane naturalnie, ale musimy nauczyć się je kształtować. I nie chodzi tu tylko o miłość do kogoś lub czegoś, ale także o miłość własną, którą Frankfurt uznał za tak ważną. Dlatego pragnę uspokoić wszystkich, którym wydaje się, że miłość jest poza ich zasięgiem, że nie spotka ich nigdy filmowy romans, a sercowe porady z gazet i podręczników nic nie dają. Nikt nie powie nam, jak mamy kochać. Ważne tylko, byśmy nie robili tego głupio.

 

Komentarze

14.02.2018

Inne teksty tego autora