Marcin Maria Bogusławski

Marcin Maria Bogusławski

Historyk filozofii, nauczyciel akademicki
Więcej

Naukowiec jako nauczyciel: aktualność poglądów Tadeusza Kotarbińskiego

„…trzeba umieć trafiać do głów, ba, i do serc,

bo zainteresowania nie należą wyłącznie do sfery samego intelektu”.

Tadeusz Kotarbiński

 

„Nie ma innego sposobu stania się człowiekiem myślącym,

jak rozmiłowanie się w cudzej myśli”.

Józef Tischner

 

Kim był Tadeusz Kotarbiński?

To jedno z pytań, które dość regularnie zadaję studentom. Poza filozofią nie zdarzyło się jednak, by nazwisko Kotarbińskiego obiło się komukolwiek o uszy. Gdy po zadanym pytaniu pojawia się cisza, proszę zazwyczaj, by studenci wyszukali o nim informacje w Internecie. Ze zdziwieniem odkrywają wtedy, że Kotarbiński był pierwszym rektorem Uniwersytetu Łódzkiego. Dopytują też niekiedy, czym jest prakseologia. Od siebie dopowiadam im także o Medytacjach o życiu godziwym – zbiorze radiowych pogadanek poświęconych etyce niezależnej.

 

Nakładem Wydawnictwa UŁ ukazała się książka — pokłosie rocznicowej konferencji (UŁ skończył 70 lat) związanej z postacią Kotarbińskiego. To dobry pretekst, by przypomnieć książkę Kotarbińskiego. Myślę tu o Sprawności i błędzie (z myślą o dobrej robocie nauczyciela), zbiorze tekstów wydanym w 1970 roku z okazji Międzynarodowego Roku Oświaty.

Znaleźć w nim można między innymi tekst wystąpienia Kotarbińskiego z 1958 r. zatytułowany Miejsce nauczyciela i nauki. Autor rozprawia w nim o związkach nauczycielstwa z produkcją (wytwarzaniem dóbr), formułując uwagi – w moim odczuciu – nadal aktualne.

 

Z wyraźną niechęcią odnosi się Kotarbiński do przeciwstawienia sobie zajęć produkcyjnych i zajęć nieprodukcyjnych. Kryje się bowiem za tym „ocena doniosłości różnych rodzajów pracy”. Przy czym dominuje pogląd, że „praca produkcyjna jest bez porównania ważniejsza dla społeczeństwa od zajęć niezależnych od produkcji”.

Bardziej trafne wydaje się Kotarbińskiemu mówienie o zajęciach związanych z produkcją bezpośrednio lub niebezpośrednio. Takie postawienie sprawy pozwala na bardziej elastyczną ocenę różnych rodzajów pracy, w tym umożliwia bardziej sprawiedliwe potraktowanie choćby wysiłku wkładanego w swój zawód przez nauczycieli. I tutaj Kotarbiński dostrzega jednak dyskryminację wszystkich tych zawodów, które z produkcją wiążą się niebezpośrednio. A dyskryminacja – nawet jeśli mniejsza czy bardziej subtelna – zawsze pozostaje dyskryminacją, co przekłada się, między innymi, na różnice w „płacy za pracę”.

 

Zdaniem Kotarbińskiego potrzeba innego spojrzenia na pracę i produkcję: takiego, w jakim „stopień pośredniości udziału” w wytwarzaniu dóbr nie pełni roli kryterium oceny zawodów. Proponuje on, aby wytwarzanie dóbr gospodarczych widzieć jako relację, w którą zaangażowani są ludzie oraz tworzywa pozaludzkie. Aby robota była możliwa, zarówno czynnik ludzki, jak i czynniki pozaludzkie, muszą zostać odpowiednio uformowane. Pisze: „Wszak pracuje się przeważnie nad półfabrykatami, nie nad surowcami wprost. A jeśli pracuje się nad surowcem, to też pracuje się nad tworzywem przygotowanym, gdyż surowiec – to produkt wydobycia. A i przy wydobywaniu kopaliny ma się też ją na ogół do pewnego stopnia przygotowaną, choćby przez odsunięcie, odsłonięcie, odgruzowanie dostępu do niej. Otóż podobnie jak tworzywo przed pracą bywa zwykle do niej uprzednio przygotowane przez pracę wcześniejszą, tak też i czynnik aktywny, człowiek […] bywa przygotowany do pracy przez pracę uprzednio nad nim wykonaną”. Przez kogo? Zasadniczo przez nauczycieli, których zadaniem jest nauczenie tego wszystkiego, co człowiek „musi wiedzieć, co musi mieć wdrożone w umysł, aby umieć wykonać sprawnie swoje czynności”.

 

W perspektywie Kotarbińskiego zadaniem nauczycielstwa jest ukształtowanie człowieka, który będzie potrafił sprawnie i efektywnie pracować. Jeśli tak, to jego zdaniem nauczyciele uczestniczą w procesie produkcji w sposób bezpośredni i istotny. Podobnie ma się rzecz ze „światem nauki”, od którego nauczycielstwo czerpie najnowszą wiedzę. „Naukowcy to nauczyciele nauczycieli – napisze Kotarbiński – to niejako nauczyciele do kwadratu…”. Wśród zagadnień, które winny być podnoszone przez badaczy, wymienia między innymi namysł nad sposobem organizacji pracy czy nad maksymalizowaniem ochrony życia, zdrowia i sił pracowników.

 

***

Wspomniałem wyżej, że poglądy Kotarbińskiego uznaję za nadal aktualne. Staje się to widoczne, gdy słowa „produkcja” czy „wytwarzanie dóbr gospodarczych” zastąpimy współpracą „z biznesem”, „z otoczeniem” czy „z zewnętrznymi interesariuszami”.  Na serio stawia się dziś pytania o to, czy studia filozoficzne to luksus?, czy można wyobrazić sobie uniwersytety bez katedr filologii klasycznej? w jaki sposób rynek pracy winien ingerować w strukturę studiów uniwersyteckich? Jak profilować edukację w szkolnictwie niższym, by odpowiadała na zapotrzebowanie rynku? W gruncie rzeczy pytania te sprowadzają się do jednego – czy edukacja powinna być podporządkowana myśleniu biznesowemu i rynkowemu, czy posiada własną (autoteliczną) wartość?

 

Zwyczajowo odpowiada się na te pytania z dwóch różnych perspektyw.

Pierwsza jest perspektywą biznesu, rynku pracy i zewnętrznych interesariuszy, którym ma służyć edukacja i nauka. Uniwersytet staje się w tej perspektywie rodzajem korporacji, której istnienie uzasadniają potrzeby świata pozaakademickiego.

Druga jest perspektywą humanistów (nie zawężam tego pojęcia do reprezentantów nauk humanistycznych, którzy bronią tradycyjnego – Humboldtowskiego – modelu uniwersytetu i statusu dziedzin „nieprodukcyjnych”).

Obie perspektywy zrośnięte są ze sobą niczym bliźnięta syjamskie. Wdrażanie pierwszej perspektywy rodzi – często uzasadnioną – krytykę, protesty, sprzeciw.

 

Moim zdaniem, dzięki Kotarbińskiemu spojrzeć możemy na ten problem z trzeciej perspektywy. W jej ramach nie dzielimy sztywno świata na dwie części i nie pytamy o to, która z nich jest nadrzędna. Rzeczywistość to świat naczyń połączonych, w którym liczy się współpraca, stabilność, wzajemne inspirowanie się, solidarność.

 

Objaśnię to nieco na przykładzie studentów ekonomii. Sądzę, że fundamentalnie ważnym elementem programu ich studiów winny być zajęcia z filozofii, etyki czy socjologii. A więc z dziedzin, które postrzegane są jako poboczne, zabierające czas, który można by poświęcić swojej dziedzinie studiów.

Po co ekonomistom filozofia, etyka i socjologia?

 

Dobry ekonomista musi wykazywać się umiejętnością krytycznego myślenia i rzetelnego argumentowania. Pierwsze przydaje się w procesie analizy ograniczeń przyjmowanej perspektywy ekonomicznej, badania problemów społecznych czy diagnozowania skutków polityczno-gospodarczych określonych rozwiązań ekonomicznych. Aby analizować problemy społeczne, należy je dobrze rozumieć. Sprzyja temu debata na aktualne tematy. Debata nie istnieje zaś bez umiejętności argumentowania. A przecież dobry konsens to ten, który wykuty został dzięki sile argumentów. Wrażliwość etyczna z kolei pozwala widzieć ekonomię w perspektywie człowieka, uczłowieczając choćby naszą skłonność do bezpardonowej walki o ekonomiczny sukces. Znajomość różnych stanowisk etycznych pozwala dostrzec także założenia stojące za rzekomo neutralnymi etycznie teoriami ekonomicznymi. Wybór perspektywy, z której ekonomista chce patrzeć, przestaje być niewinny. A wybór określonego stanowiska domaga się uzasadnienia, także etycznego.

 

Aby to wszystko działało, student ekonomii winien spotkać wykładowców, którzy zajmują się etyką, filozofią, socjologią. Takich, którzy z pasją opowiadają o tym, co ich interesuje. Takich, którzy potrafią kształtować postawę dialogu, nie zabijając indywidualności każdego ze studentów. Takich, którzy nie myślą, że zajmowanie się właściwą dla nich dyscypliną, nie ma sensu, bo nie służy gospodarce, biznesowi czy patentom.

Jednocześnie ten sam student musi spotkać rzetelnych ekonometryków i specjalistów z innych dziedzin ekonomii.

Dobra robota i sprawnie działająca państwo wymagają różnorodności. Tego, moim zdaniem, uczy właśnie Kotarbiński.

 

***

Na koniec warto zapytać, czy nie dzielę włosa na czworo? I czy nie za bardzo wierzę w moc słów? Bo czyż we współpracy z biznesem i otoczeniem nie chodzi w gruncie rzeczy o to, co staram się opisać poprzez tezy Kotarbińskiego?

Mam nadzieję, że nie. Podstawowej różnicy między myśleniem opozycjami, a światem widzianym jako sieć połączonych naczyń widzę między innymi w związanej z nimi ocenie zawodów. Menedżer czy dyrektor banku nie jest dla mnie kimś lepszym niż nauczyciel. Nie uważam też, by filolog klasyczny czy filozof mieli być „dobrem luksusowym”. Złożoność współczesnego świata wymaga różnorodnych narzędzi, pozwalających ten świat rozumieć. A efektywna praca wymaga zbioru różnorodnych kompetencji, których nie da się ukształtować wyłącznie w oparciu o wiedzę ściśle przynależącą do jednej dyscypliny.

 

 

 

 

 

Komentarze

3.12.2017

Inne teksty tego autora

NOWA HUMANISTYKA

W dniach 26-27 kwietnia na Wydziale Filologicznym UŁ odbywać się będzie konferencja Humanistyka — kulturotwórcze perspektywy. Jak deklarują Organizatorzy: „Celem konferencji jest przekrojowa prezentac...

Polegać na sobie

Powinniśmy nauczyć się dbać o siebie – niekiedy na przekór społeczeństwu, a na pewno na przekór tym zjawiskom, które obniżają wartość człowieka, jego samoocenę. Nie oznacza to jednak, że egoistycznie ...