Marcin Giełzak

Marcin Giełzak

Przedsiębiorca, dziennikarz, autor i współautor książek i artykułów, ekspert w dziedzinie nowoczesnych technologii i innowacyjnych modelów biznesowych.
Więcej

Pytania o kolonializm

10 lutego 1899 roku na łamach „The New York Sun” ukazał się wiersz, którego autorem był Rudyard Kipling. Jego tytuł zabrzmi znajomo: Brzemię białego człowieka. Czas i miejsce publikacji nie były przypadkowe. Był to kolejny etap osobistej kampanii brytyjskiego noblisty zmierzającej do przekonania nadal jeszcze izolacjonistycznie nastawionych Amerykanów do ekspansji kolonialnej. Jakby przeczuwając, że Stany Zjednoczone przejmą kiedyś masę upadłościową Imperium Brytyjskiego, Kipling podjął się przysposabiania młodego mocarstwa do nowej roli.

 

Siedem zwięzłych zwrotek spaja właściwie jeden argument i jedno przesłanie: misją białego człowieka jest panować nad innymi rasami, tak aby nawet wbrew ich roli, prowadzić je ku społecznemu, gospodarczemu i kulturowemu postępowi. Jest to powinność, nie przywilej. Właśnie dlatego Amerykanie u kresu wojny z Hiszpanią (1898-1899) mieli zdaniem Kiplinga moralny obowiązek pozostać na wyrwanych z rąk Madrytu Filipinach. Czyniąc sobie podległym świeżo podbity kraj, muszą jednocześnie uczynić go dostatniejszym, bezpieczniejszym i bardziej cywilizowanym. Ten rodzaj argumentacji, choć najlepiej wyrażony został piórem poety, używany był przez wszystkich kolonizatorów – Hiszpanów, Portugalczyków, Brytyjczyków, Belgów czy Francuzów.

 

W czasach bliższych współczesności, gdy imperia kolonialne przestały istnieć, to dekolonizacja doczekała się swoich kronikarzy, poetów i teoretyków. Doświadczenie imperializmu zaczęto analizować z perspektywy czarnego i żółtego człowieka. Zaczęto też stawiać pytanie o to, co kolonializm uczynił Europejczykom, którzy w toku ostatniej wojny światowej przenieśli metody rządzenia ludnością podbitą z kongijskiej dżungli na ulice Warszawy, Lublina czy Charkowa. Nie wygasa też spór o to, czy Stary Kontynent jest winien zadośćuczynienie dawnym ludom kolonialnym – szczególnie dziś, w dobie nieprzemijającego kryzysu migracyjnego. Jednocześnie nadal za mało mówi się o tym, że brzemię „białego” człowieka ochoczo podejmowały też pozaeuropejskie mocarstwa – Turcja Osmańska, wcielająca w życie ideę kalifatu czy Japonia ze swoją Strefą Wspólnego Dobrobytu Azji Wschodniej.

 

Ciekawym głosem w dyskusji na te tematy jest praca Dane’a Kennedy’ego Dekolonizacja, wydana w cenionej serii „Krótkie Wprowadzenie” firmowanej przez Oxford University Press. Choć zwięzłość i przejrzystość wywodu są tutaj celem nadrzędnym, amerykański badacz nie unika wcale rozważań teoretycznych. Stawia przed nami pytania o definicję i istotę kolonializmu, każąc odpowiedzieć sobie choćby na pytanie, czy Irlandczycy zrzucając panowanie brytyjskie, a Serbowie – osmańskie, walczyli z kolonializmem? A jeśli tak, to czy uznamy, że jego kres nastąpi dopiero, gdy Katalonia i Korsyka staną się niepodległe? A może naturalnym epilogiem imperializmu nie jest pojawienie się państw narodowych, ale formowanie się nowych imperiów na gruzach starych? Jeśli tak, to najpewniej niejeden lud uciskany dawniej przez zachodnie potęgi, teraz wpadnie w zależność (neokolonialną?) od Chin albo Indii. Dalej, przyjmując rygorystyczną definicję kolonializmu moglibyśmy się spierać o to, czy dekolonizacja w ogóle się odbyła. Być może mieliśmy do czynienia z procesami jedynie pozornymi – zmieniły się flagi i hymny, ale nie stosunki zależności. W chwili gdy piszę te słowa, wojska francuskie nadal stacjonują na potężnych połaciach zachodniej Afryki. Amerykanie wciąż przebywają na terenie Filipin. Regułą pozostaje, że bogactwa naturalne krajów rozwijających się nadal są w dużej mierze kontrolowane przez europejskie i amerykańskie koncerny –  najczęściej wywodzące się dokładnie z tych krajów, które wcześniej rozpościerały kolonialne panowanie nad rzeczonym obszarami.

 

Jednym z najbardziej prowokacyjnych, a tym samym najbardziej inspirujących do myślenia, jest fragment książki, w którym Kennedy opisuje na nowo doświadczenie totalitaryzmu jako swego rodzaju sprowadzenie kolonializmu z powrotem na kontynent europejski.

 

Niemiecka polityka względem Europy Środkowej i Wschodniej, znajdująca swój najpełniejszy wyraz w założeniach i realizacji tak zwanego „Generalplan Ost”, jest w takiej optyce przedsięwzięciem par excellence kolonialnym. Można nawet powiedzieć, że cała druga wojna światowa sprowadziła na Stary Kontynent i Daleki Wschód metody panowania ucisku i kontroli przetestowane już wcześniej w krajach rozwijających się. Nieprawdopodobna brutalność, z jaką Niemcy niewolili ludność polską, karząc śmiercią, więzieniem lub inną formą przemocy za najmniejszy przejaw nieposłuszeństwa, zimny rozmysł, z jakim odmawiali dostępu do edukacji i kultury, pragnąc zamienić podbitą populację w ludzkie narzędzia, aż za bardzo przypomina praktyki, które były na porządku dziennym w belgijskim Kongu. Także rola napływowej ludności niemieckiej oparta była na prostym schemacie panowania zdobywców nad podbitymi. Z nie mniejszą bezwzględnością, choć już bez ideologicznego bagażu rasizmu, postępował Związek Sowiecki, który zajmując potężne połacie Europy i Azji dokonywał czystek etnicznych, masowych przesiedleń ludności oraz realizował systematyczną politykę zasiedlania krajów podbitych etnicznymi Rosjanami – czego efekty widzimy do dzisiaj choćby w państwach bałtyckich.

 

Równie brutalnie postępowała cesarska Japonia. Jej wojska dopuszczały się czystek etnicznych, gospodarka wykorzystywała pracę niewolniczą, zaś administracja zasiedlała podbite krajem własną ludnością. Do końca 1946 roku aż 5 milionów Japończyków zostało repatriowanych do ojczyzny z krajów podbitych. Rabunkowa gospodarka kolonialna prowadzona przez Japończyków doprowadziła do tego, że w samym tylko Wietnamie w wyniku klęski głodu spowodowanego rekwizycją zapasów ryżu w latach 1944-1945 zginęły 2 miliony ludzi.

 

Nie bez winy były też „tradycyjne” państwa kolonialne. Przynajmniej tyle samo istnień ludzkich zginęło za sprawą działań Brytyjczyków w Indiach. Władze kolonialne masowo wywoziły z subkontynentu mąkę oraz ryż, których potrzebowały do wyżywienia własnej ludności. Mimo błagalnych listów brytyjskich urzędników, którzy prosili Londyn o podjęcie interwencji, która przynajmniej złagodziłaby efekty straszliwej klęski głodu, Winston Churchill pozostał niewzruszony. Na marginesie jednego z raportów, które przedłożył mu gubernator Bengalu, informując o tym, jak straszliwe żniwo zbiera brytyjska polityka, premier zanotował jedynie: „to dlaczego Gandhi jeszcze żyje?!”

 

Jak widać, badacz, który chciałby stworzyć teoretyczne podstawy do dyskusji na temat dekolonizacji, bierze na siebie zadanie metodologicznie trudne i etycznie niewdzięczne. Możemy to zobrazować jeszcze jednym przykładem: systematyką kolejnych fal dekolonizacji, których opis stanowi centralną część pracy Kennedy’ego. Pierwsze wyzwanie stanowi ich nieregularność: następowały one z blisko stuletnimi przerwami. Po drugie, każdy proces dekolonizacyjny miał inne podłoże i specyfikę, zatem trudno tu o jakiekolwiek ogólnienia. Jedna z tradycyjnych teorii głosiła, że poszczególne kolonie wybiły się na niepodległość, kiedy dojrzały do samostanowienia. W ten sposób trzynaście kolonii w północnej Ameryce zyskało suwerenność znacznie wcześniej niż zacofane Indie, te ostatnie zaś – prędzej niż dysponujące jeszcze słabszą gospodarką oraz instytucjami Zimbabwe. Wyjaśnienie to nie wytrzymuje jednak nawet pobieżnej krytyki. W końcu niewolnicze i biedne Haiti uzyskało niepodległość szybciej niż Kanada. Stało się tak nie za sprawą wyższego poziomu rozwoju technologicznego i społecznego „czarnej republiki”, bo tutaj przewagę mieliby Kanadyjczycy, ale z powodu postawy samej ludności, która nie była gotowa dłużej żyć w podległości. Moglibyśmy także tworzyć narrację, w ramach której kluczowe byłoby pytanie: czy ludność kolonialną stanowiła populacja autochtoniczna, która została podbita, czy też przede wszystkim ludność napływowa, która zachowała silne więzi łączące ją z metropolią. Jednak i ta hipoteza zawiera liczne braki. Pierwszy przypadek udanej dekolonizacji odbył się przecież za sprawą zrywu ludności napływowej. Podobnie, choć przy zachowaniu lokalnej specyfiki, było w przypadku Ameryki Południowej. Jednocześnie, w wielu krajach, na przykład Algierii czy Indiach to właśnie ludność autochtoniczna w dużej mierze podtrzymywała panowanie kolonialne. W skrajnym przypadku, jakim byłby Hong Kong, lokalna populacja obawiała się wręcz, że kres kolonializmu będzie oznaczać pomniejszenie domeny wolności i swobód.

 

Wszystko to sprawia, że raczej nigdy nie doczekamy się całościowej teorii kolonializmu, ani ram metodologicznych dyskusji o nim, które byłyby akceptowane powszechnie. Pozostaje nam zatem w sposób wolny od emocji badać fakty i procesy, które nawet jako odizolowane fenomeny, zachowują wartość poznawczą, a niejednokrotnie – także i moralną. Zwięzłe i rzeczowe opracowanie Dane’a Kennedy’ego te zadania realizuje nad wyraz dobrze, i dlatego warto je zarekomendować każdemu, kto chce odświeżyć lub pogłębić wiedzę z obszaru (de)kolonizacji.

Komentarze

17.10.2017

Inne teksty tego autora

Krótkie wprowadzenie do islamu

„Zwięzłość – pouczał wybitny anglo-amerykański eseista i krytyk Christopher Hitchens – jest przereklamowana”. Wyczerpanie tematu uzyskuje się zwyczajowo za cenę wyczerpania czytelników. Innymi słowy: ...