Natalia Królikowska

Natalia Królikowska

Literaturoznawczyni, autorka książki Eksperyment w prozie Zofii Romanowiczowej. Była muzealniczka i nauczycielka, obecnie - wolny człowiek, przygotowujący swój debiut dramaturgiczny. Lubi trudne powieści. Pasjami kłóci się o literaturę.
Więcej

Zośką w nos (literaturoznawczym modom)!

Potrzeba refleksji nad zapominanymi i marginalizowanymi twórcami (a w ostatnich latach w szczególności twórczyniami) nie jest w literaturoznawstwie zjawiskiem nowym, czy tym bardziej nowatorskim. Bez wątpienia jest jednak działaniem ważnym i nie mniej istotnym niż docieranie do nieodkrytych głębi tych dawno już odkrytych Twórców przez wielkie „T”. Książka Arkadiusza Morawca, poświęcona życiu i pisarstwu Zofii Romanowiczowej, jest konieczną próbą przywrócenia jej twórczości nie tyle współczesnemu czytelnikowi, co przede wszystkim polskim badaniom literatury XX wieku.  Bo choć bardzo zasłużona dla kultury polskiej, niegdyś chętnie czytana i szeroko komentowana, Zofia Romanowiczowa jest dziś pisarką mało znaną. Jej nazwisko pojawia się tylko w niektórych bibliografiach, dotyczących literatury polskiej XX wieku, a i te zapisy mają charakter raczej szczątkowy. Pewien przełom nastąpił – co odnotowuje Morawiec – klikanaście lat temu, kiedy to „zaczęło pojawiać się coraz więcej poświęconych pisarce artykułów [i prac] naukowych, o różnej randze, wszelako świadczących o wzroście zainteresowania jej twórczością przynajmniej w gronie tzw. czytelników-znawców”. Na szczególną uwagę zasługuje tu publikacja Anny Jamrozek-Sowy, będąca próbą monograficznego ujęcia pisarstwa, zmarłej przed siedmioma laty, pisarki. Punktem wyjścia tej pracy jest przekonanie badaczki, że „Podstawową kwestią, która przewija się w prozie Zofii Romanowiczowej, jest wyobcowanie bohaterów powodowane tak przez wojenną traumę, jak i emigracyjne wykorzenienie”. Podobnie w pozostałych – spośród powstałych w ostatnim czasie wokół prozy Romanowiczowej refleksji literaturoznawczych – dominują popularne w humanistyce ostatniej dekady kategorie, tj. „tożsamość”, „ciało” i „cielesność”, „trauma”, „kobiecość”. Sama twórczość staje się w nich jedynie pretekstem do metodologicznej woltyżerki badacza czy badaczki.

 

Jakby na przekór temu trendowi, Arkadiusz Morawiec daje nam ponad pięciuset stronicowe tomiszcze, naszpikowane dziesiątkami dat, setkami faktów i tysiącami adresów bibliograficznych – zdawałoby się abecadłem historyka literatury, ale uwaga! abecadłem zapomnianym przez coraz liczniejszych wtórnych analfabetów tej dziedziny nauki, brodzących w interdyscyplinarnych kręgach absurdu i nieścisłości. Bo choć książka Morawca niepozbawiona jest komentarzy, to dominuje w niej dążący do idealistycznego obiektywizmu, paradygmat pozytywistyczny, o czym w rozbrajającym stylu pisze sam profesor już w trzecim przypisie „Wstępu” swojej książki: „W tym miejscu autor, niegdyś zdecydowany literaturoznawca-antypozytywista, winien jest wyjaśnienie. Otóż pierwotnym jego zamierzeniem było stworzenie monografii twórczości Zofii Romanowiczowej – praca, w której rolę zasadniczą odgrywałby czynnik interpretacyjny. Autor nie zarzucił całkowicie tego zamysłu, czego śladem są wspomniane komentarze, jednak przede wszystkim, nieco na przekór – w związku z dominującymi w ostatnim czasie w literaturoznawstwie, by tak rzec przerostami interpretacyjnymi (niegdyś Janusz Sławiński pisał o zwłokach metodologicznych) – postanowił ostatecznie skupić się na dokumentowaniu, nie zaś interpretacji. Stosunkowo łatwo bowiem, dzisiaj chyba nazbyt łatwo, być interpretatorem, a właściwie użytkownikiem rozmaitych ideologicznych maszynek interpretacyjnych, coraz trudniej natomiast być pozytywistą, w najlepszym tego słowa znaczeniu, tj. badaczem, który ponad przemijające (literaturoznawcze i ideologiczne) mody przedkłada fakty. Współcześni literaturoznawcy zdają się nazbyt lekceważyć to, co dostrzeżono już i odczytano przed nimi, często nie chce im się zajrzeć do „Polskiej Bibliografii Literackiej” czy „Bibliografii Zawartości Czasopism”, o archiwach i zakurzonych bibliotecznych półkach nawet nie wspominając. W konsekwencji odkrywają… lądy od dawna już znane. Szkoda, że tak się dzieje…”.

 

Wyrażony nieco sarkastycznie zamysł autora urzeczywistnia się w jak najściślejszy sposób na stronach jego książki. Publikacja podzielona jest na trzy części. Pierwsza, to zarys biograficzny Zofii Romanowiczowej, oparty nie tylko na źródłach, ale także na prywatnych rozmowach i korespondencji badacza z pisarką oraz z jej córką, Barbarą. Część druga, najobszerniejsza, prezentuje bogatą i w większości – entuzjastyczną recepcję jej twórczości. Morawiec szeroko przytacza peany na cześć autorki Skrytek, wygłaszane swego czasu przez najsławniejszych krytyków polskiej literatury. Józef Wittlin nazywał Romanowiczową „pierwszą damą polskiej literatury”, wymieniając ją jednym tchem obok Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Tadeusza Nowakowskiego jako jedną z trójcy najzdolniejszych pisarzy młodego pokolenia. Wtórował mu Jan Bielatowicz, pisząc o Romanowiczowej w londyńskich „Wiadomościach” już w 1957 roku (czyli zaledwie rok po książkowym debiucie) jako nadziei polskiego piśmiennictwa na obczyźnie, w pokoleniu, które zaczęło tworzyć po wojnie. Z kolei Marian Hemar, zaraz po ukazaniu się zbioru opowiadań Próby i zamiary, napisał (nie bez zbędnej przesady), że jest to książka „z rzędu tych, których autorzy dostają Nagrodę Nobla”. Francuski krytyk, Marcel Brion, na łamach słynnego „Le Monde” recenzował frankoński przekład Przejścia przez Morze Czerwone wraz z przekładami innych wybitnych polskich dzieł literackich XX wieku – prozy Brunona Schulza oraz Bram raju Jerzego Andrzejewskiego. Trzecia część książki Morawca to kompletna, uporządkowana chronologicznie, z podziałem na poszczególne lata (od debiutu pisarki w 1937 roku do końca roku 2013), bibliografia podmiotowa i przedmiotowa życia i twórczości Romanowiczowej.

 

Zofia Romanowiczowa. Pisarka nie tylko emigracyjna Arkadiusza Morawca to książka, jakich coraz mniej w rodzimej humanistyce. Jej lektura to gratka dla badaczy i miłośników twórczości autorki Przejścia przez Morze Czerwone, ale i bezcenna lekcja dla każdego, kto pragnie zajmować się historią literatury na poważnie, nie na blogach czy konferencjach, ale w zaciszu archiwów i bibliotek, powoli – nie goniąc za punktami i grantami, a dokładnie – przywracając czytelnikom to, co w literaturze naprawdę ważne i wartościowe. 

 

 

 

Komentarze

6.04.2017

Inne teksty tego autora

To się powtarza na naszych oczach…

„W małym muzeum Holokaustu w Erewaniu fotografie, które nawet nas, zahartowanych od lat, zmuszają do odwrócenia wzroku — wspomina Alina Margolis w tekście Moralność czasu Holokaustu — ojciec przywiąza...

Opowieść o piekle

Statystyki są porażające. W 2017 roku odnotowano prawie 70 000 aktów przemocy wobec kobiet, dokonanych przez ich najbliższych — mężów i partnerów, rzadziej teściów czy rodziców. Szacuje się, że co rok...