Józef Piórczyński

Józef Piórczyński

Więcej

Współczesny ateizm

Spór o ateizm ma dla Michaela Ruse’a charakter przede wszystkim moralny. Chodzi o to, jakie racje skłaniają nas ku wierze w istnienie Boga, a jakie nas od tego odwodzą. Nieuchronnie wkraczamy więc w sferę czystej aksjologii, grzęzawisko kwestii moralnych, trudno albo w ogóle nierozstrzygalnych.

 

W myśl zasady: „Boga niet, dusza eto kletoczka, otca w mordu możno”, którą wygłasza jedna z postaci powieści Dostojewskiego, ateizm kojarzył się z czymś najgorszym, potwornymi zbrodniami, degrengoladą moralną, i w ogóle z negacją wszystkiego, co ugruntowane w związanych z humanizmem wartościach. Nie wszystko jednak odnośnie do ateizmu daje się łatwo generalizować. Powołajmy się tutaj na Spinozę. Na niego i jego filozofię spadła zjadliwa, poniżająca i okrutna krytyka m.in. jako na „potwarcę Bogów i ludzi”, jako – jak mówiono o nim w Niemczech – na „zdechłego psa”. Ale np. Goethe, wśród nielicznych, uznawał Spinozę za geniusza natchnionego boskim duchem i najbardziej chrześcijańskiego myśliciela. W istocie Spinoza – co wyraźnie pisał – nie godził się na zarzut, że jest człowiekiem pozbawionym religii, i formułował jej rozumienie, które łączyło go z Mistrzem Eckhartem, Lessingiem, Lutrem, Kantem. Niełatwo jest połączyć ze sobą te dwa wizerunki Spinozy jako ateisty i świętego. Dominuje pogląd, że Spinoza jest ateistą, choć wielu, np. Hegel a także autor omawianej tu książki, uznaje Spinozę za panteistę. (Pewien arystokrata chciał zobaczyć Spinozę; prowadzony przez brudne, nędzne ulice Amsterdamu pyta: „Czy to możliwe, by Spinoza  tutaj mieszkał? Przecież ateiści to ludzie bogaci.”)

 

Do dzisiaj ateizm jest w Polsce często utożsamiany z ahumanizmem. Ateiści wyznają więc prymitywne i archaiczne koncepcje: szczęście człowieka spełnia się w zachowaniu zwierzęcym, życiu łatwym, bez odpowiedzialności itp. (Czy za jedyną wzniosłość owych ateistów można by uznać to, że mogą być kochankami – jak pisał pewien poeta francuski – prostytutek i obłoków.) Bez wątpienia zaletą książki Michaela Ruse’a jest nieobecność w niej takiej charakterystyki ateizmu. Ruse, który uznaje siebie za ateistę, pisze, że „u nowych ateistów wszystko jest zimne i smutne”. Wszelako to, co im pozostaje, to właśnie humanizm pojęty jako dążenie do godnego życia oraz ulepszanie przez człowieka samego siebie i społeczeństwa. Negacja istnienia Boga nie pociąga za sobą, wedle Ruse’a ani negacji moralności, ani też powinności człowieka wobec ludzkich zbiorowości.

 

Michael Ruse w swoich rozważaniach  nie ogranicza się do argumentacji o charakterze moralnym. I byłoby dziwne i naiwne, gdyby zrobił inaczej. Trudno bowiem sobie wyobrazić, by w książce o ateizmie pominąć problem egzystencji Boga. I książka Ruse’a w znacznym stopniu dotyczy religii, teologii naturalnej i filozofii, bo od nich zależy status ateizmu. Tak więc podstawowe znaczenie ma wartość poznawcza dowodów na istnienie Boga. Ruse analizuje dowody na istnienie Boga znane i „mocne” (ontologiczny i z przyczyny sprawczej) oraz dowody o znacznie słabszej sile argumentacyjnej i akceptuje wielokroć formułowaną ich krytykę jako dowodów poznawczo nieudanych.

 

Bardziej interesujące w tym kontekście są badania Ruse’a w odniesieniu do roli i znaczenia nauki. Przede wszystkim zauważa, że „nauka wypiera religię”, czyni ją „niepotrzebną”, „niewiarygodną”, odczarowuje świat, przydaje i przypisuje sobie moc rozstrzygania  wszelkich problemów. Nie jest to jednak nauka, lecz scjentyzm, nauka zideologizowana, ideologia naukowa. Ruse wyraźnie mówi, „że scjentyzm  nie ma racji bytu”.

 

 

„Nauka nie wyklucza religii” – podsumowuje własne badania Ruse. Religia ma swoje pytania, których nauka nie może unieważnić i na które sama nie potrafi odpowiedzieć. Co to znaczy?  Znaczy to tyle, że znowu wracamy na grunt rozważań moralnych, na grunt problemów nierozstrzygalnych na drodze logicznej analizy.

 

I tu powracają owe istotne na gruncie moralności kwestie. Ruse pyta na przykład: „Dlaczego (Bóg – J.P.) nie poprawi tych okropnych wariacji, które prowadzą do potwornych fizycznych i umysłowych upośledzeń?”; „Czy dobry i kochający Bóg dopuściłby do tego, by Auschwitz w ogóle się zdarzyło?”  I opowiada: „Nie ma dobrego wyjaśnienia”.

 

Zaproponujmy rozwiązanie (może w duchu Heglowskiego sposobu rozważania zagadnień): ateizm = wiara, wiara = niewiara. Nie jest to twierdzenie prawdziwe. Ten, kto wierzy, nie uważa się za ateistę, a ateista nie uznaje się za człowieka wierzącego. Nie mówimy tu raczej o agresywnych ateistach i o równie agresywnych wierzących. No ale… ateista mówi: czy w obliczu Auschwitz ma jakikolwiek sens twierdzenie o istnieniu Boga? Po Auschwitz Bóg umarł. Takich potworności jak Auschwitz nie da się w żaden sposób wytłumaczyć. Boga nie ma. (Choć Ernst Bloch pisał: „Boga nie ma, ale będzie”.) A wierzący powiada: Czy to jest ostateczność? Jeśli nie jest to ostateczność, to tylko gdy przyjmiemy istnienie Boga. Przypomina to raczej  Lutrowsko-Kierkegaardowskie rozumienie wiary. Racją wiary jest brak racji. Racją wiary jest wiara w sens, którego nie jesteśmy w stanie odnaleźć. Wiara jest szaleństwem. Czy jest coś lepszego wobec Auschwitz? Chodzi nam o to, że dystans między wierzącymi i niewierzącymi (nie tymi agresywnymi; agresywny ateista jest ateistą, ale czy agresywny wierzący jest jeszcze wierzącym?) nie jest tak wielki, jak wprost, bezpośrednio mógłby się wydawać.

 

Więcej informacji o książce znajduje się tutaj

Komentarze

24.02.2017

Inne teksty tego autora