Tomasz Bekrycht

Tomasz Bekrycht

Doktor habilitowany nauk prawnych, adiunkt w Katedrze Teorii i Filozofii Prawa Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego.
Więcej

Spór o Trybunał Konstytucyjny, czyli skąd się bierze prawo?

Część I:

Forma prawodawstwa: państwo prawa czy państwo prawne i idea rządów prawa

 

Drogi Czytelniku,

pytanie o to, skąd się bierze prawo, czyli o źródło i formę prawodawstwa jeszcze rok temu mogli zadawać sobie jedynie nieliczni teoretycy i filozofowie prawa. Nikt poza nimi nie zajmowałby sobie głowy tak oczywistym, wręcz banalnym pytaniem – o źródło prawa. A tu proszę! Okazuje się obecnie, że to właśnie pogłębiona refleksja nad prawem – można byłoby nawet powiedzieć, zagadnienia metaprawne stają się głównym obszarem dla możliwej odpowiedzi na niektóre ważne pytania społeczne. Nota bene Polska od kilkudziesięciu lat jest dla tej refleksji niedającym się przecenić „laboratorium”, w którym z jednej strony na bieżąco można poddawać weryfikacji czy falsyfikacji wiele teorii społecznych, kształtowanych na gruncie prawoznawstwa, politologii, czy socjologii, z drugiej zaś daje impuls do tworzenia nowych koncepcji mających wyjaśnić szczególne zjawiska w tym obszarze, jak choćby fenomen ciągłości prawa w okresie przemiany ustrojowej roku 1989, kształtowanie się w błyskawicznym tempie gospodarki rynkowej wraz z hiperrozwojem mechanizmów handlowych umożliwiającym Polsce konkurencyjność na rynkach zagranicznych, itd.

 

Obecnie zaś dostrzegamy, że rzeczywistość społeczna ostatnich kilku miesięcy owocuje problematyką, wzbudzającą skrajne emocje i to nie tylko te, które tradycyjnie płyną z szeroko rozumianej sfery przeżyć psychicznych związanych z naszymi uczuciami czy osobistymi odczuciami sympatii lub antypatii społeczno-politycznych, ale w nie mniejszym stopniu w znaczeniu emocji intelektualnych, które pojawiły się w związku z koniecznością rozwiązania podstawowych problemów prawno-ustrojowych. Okazuje się bowiem, że w polskiej kulturze prawnej i politycznej pojawił się problem, który dotyka fundamentów myślenia prawniczego i politycznego. Zagadnienie to nazywane jest powszechnie „sporem o Trybunał Konstytucyjny”, czasami „sporem o demokrację” czy też „sporem o państwo prawa lub państwo prawne”. W mojej ocenie jednak – w szczególności z perspektywy teoretyka i filozofa prawa – spór ten stał się dlatego tak bardzo emocjonujący, bo dla swojego wyjaśnienia i rozwiązania musi sięgnąć do najgłębszej, najbardziej fundamentalnej kwestii, a mianowicie do pytania o legitymizację prawa. Innymi słowy jest to pytanie o miejsce, funkcje i źródło prawa w znaczeniu zarówno określenia jego samego (po co ludziom prawo i skąd się ono bierze?), jak i samej jego treści. Niestety odpowiedzi na te pytania są niezwykle skomplikowane, dlatego też „spór o Trybunał Konstytucyjny” jest zagadnieniem również trudnym do rozwiązania w sposób, który nie budziłby kontrowersji i wątpliwości.

Postaram się przybliżyć tę tematykę naszym Czytelnikom w sposób możliwie obiektywny (jeśli w ogóle coś takiego jak obiektywna postawa piszącego jest możliwa), wolny od założeń i uprzedzeń światopoglądowych, niezależnie od jakichkolwiek sympatii i antypatii politycznych. Będę czynił to sukcesywnie w tym i w kolejnych wpisach, tak aby każdy mógł podążać za argumentacją i narracją danego problemu. Ujawni się nam najpewniej wiele spornych i trudnych zagadnień istniejących w refleksji nad prawem, a podejmowanych z różną częstotliwością i również z różnym powodzeniem przez szeroko rozumianą naukę prawa, czyli prawoznawstwo. Ujawnią nam się między innymi takie kwestie jak rola prawnika w kulturze, wątpliwa pozycja tekstu prawa jako nośnika  zasady pewności prawa, zagadnienie interpretacji i wykładni prawa, rola szczegółowych nauk prawnych, związek prawa z etyką, zagadnienia wzajemnego związku prawa i jego urzeczywistniania (czyli odpowiedź na pytanie dlaczego tak jest, że nie zawsze to, co być powinno ma swój ostateczny wymiar w tym, co jest) i na pewno wiele, wiele innych kwestii, które w naszej kulturze pojawiły się od samego początku zaistnienia jej intelektualnej formy, czyli powstania filozofii, a następnie zetknięcia się tradycji starożytej z judeochrześcijańską.

 

Rozpocznę od problemu, który w nakreśleniu zagadnienia „sporu o Trybunał Konstytucyjny” wydawałby się już dzisiaj w ogóle nieistotny, a wielu uznawało go i uznaje za kwestię jedynie gry językowej, a mianowicie rozpocznę od pytania czy fundamentalną ideę ustroju polityczno-prawnego powinno się określać mianem „państwa prawa” czy  też „państwa prawnego”. Dyskusję nad treścią tych pojęć rozpoczął w roku 1997 Prof. Jan Woleński na łamach „Prawa i Życia”, w związku z treścią art. 2 Konstytucji RP (przedruk felietonów z tego periodyku: J. Woleński „Okolice filozofii prawa”, Wyd. Universitas, Kraków 1999). Pominę argumentację przedstawioną przez tego autora, a skoncentruję się na wskazaniu istoty przyjęcia danego rozwiązania dla zrozumienia obecnie istniejącego sporu. Abstrahuję również od tego, czy istniejący w art. 2 Konstytucji zwrot językowy jest poprawny, czy nie i czy jego postać jest zamierzona przez twórców Konstytucji, czy też jest przypadkowa (spontaniczna) oraz czy jest, czy też nie jest błędna.

Ale do rzeczy: na początku zajmę się analizą językową, która ujawni istotne konsekwencje przyjęcia danego rozwiązania w „Sporze”. Paradoksalnie język polski lepiej oddaje pewną istotną, wskazaną powyżej, różnicę niż niemieckie wyrażenie Rechtsstaat, które to dopiero w analizie historycznej i interpretacji tekstów literatury przedmiotu pozwala ją dostrzec i zrozumieć (o tym w następnym wpisie).

Jeśli przyjmiemy, że ideę Rechtsstaat mamy rozumieć jako „państwo prawa” w formie dzierżawczej (tak jak rower Janka, czy zegarek Piotra), to konsekwencje tego muszą prowadzić do konkluzji, że państwo należy(!) do prawa. Innymi słowy istnieje jakiś byt, który „zawłaszcza” państwo – bytem tym jest prawo. Zwrot ten wyraźnie wskazuje na oderwanie się fenomenów „państwa” i „prawa” od siebie. W tym znaczeniu prawo rozumie się jako pewien autonomiczny byt – ale co bardzo ważne i na co wskazują te argumenty w „Sporze”, które przytaczane są w obronie TK – który miałby „ostateczne słowo” w normatywnej wizji danego państwa – podkreśla się tu istnienie pewnych trwałych i absolutnie nienaruszalnych reguł (zasad). Z kolei jeśli przyjmiemy, że nazwę Rechtsstaat mamy przekładać na język polski jako nazwę państwo prawne, czyli wskazywać na pewną cechę, jaką posiada (lub ma posiadać) państwo, że jest ono prawne w opozycji do innej cechy, jaką byłaby bezprawność, to znów może pojawić się problem, co do tego, kto ma decydować o posiadaniu tej cechy przez owo państwo.

 

Myślę jednak, że po pierwsze nie taka była idea Rechtsstaat w okresie jej kształtowania, a po drugie – co ujawnią kolejne analizy – rozdzielenie pojęciowe fenomenów „państwa” i „prawa”, przy takim rozumieniu jak nakreśliłem to w powyższym akapicie, prowadzi do absurdów, które są doskonałą pożywką ideologiczną dla argumentów populistycznych, czyli stosujących demagogię dla urzeczywistnienia etycznie wątpliwej żądzy władzy.

 

 

 

 

Komentarze

5.09.2016

Inne teksty tego autora